16. Cracovia Maraton – relacja

16. Cracovia Maraton – relacja

Można powiedzieć, że był to najbardziej spontaniczny maraton w jakim brałem udział mimo tego, że myślałem o nim przez…cztery lata. Historia tego biegu dla mnie zaczyna się ponad cztery lata temu. Wtedy, po kilku przebiegniętych półmaratonach uznałem, że nadszedł czas, by zostać maratończykiem. Największy ze znanych wtedy i niezbyt dalekich maratonów odbywał się w Krakowie. Więc się na niego zapisałem i zacząłem przygotowywać. Niestety, nie z własnej winy nie byłem w stanie pobiec. Rok później sytuacja się powtórzyła (choć mój debiut w międzyczasie zaliczyłem podczas PKO Silesia Marathon), znowu – zapisany, ale nie pobiegł. Powiecie, że do trzech razy sztuka? Niestety nie w moim przypadku. Maraton w mieście Smoka Wawelskiego wydawał się dla mnie przeklęty. Trzy razy opłacony, i trzy razy nie pobiegł. Chyba jestem jedynym takim biegaczem na świecie. Start w tym roku wygrałem podczas jednego z konkursów organizowanych przez organizatora biegu na Facebooku długo przed 30 kwietnia, czyli datą zawodów. Byłem nastawiony, że w tym roku już po prostu MUSZĘ odczarować to miasto.

Szczęście chciało (no bo przecież nie pech!), że zostałem zaproszony na Madeira Island Ultra Trail (relacja TUTAJ), który odbywał się TYDZIEŃ przed maratonem krakowskim. Pomyślałem, że nie ma się co zarzynać i ryzykować kontuzji. Wybieram Maderę, to chyba oczywiste. Kraków jest dla mnie  stracony. Wróciłem z Portugalii, za kilka dni ma być długi weekend majowy. Myślimy z żoną co robimy…W piątek po pracy pakujemy się w samochód i jedziemy na chatkę studencką Pod Potrójną (Beskid Mały). Szczerze mówiąc dość mocno pobalowaliśmy choć ja, wiedząc, że na następny dzień mam jechać samochodem o 2 w nocy już spałem. Mimo tego za kółko mogłem wsiąść dopiero po 12:00. A gdzie mieliśmy jechać? Na domówkę do Krakowa! W trakcie drogi wspominam szacownej małżonce, że podjedziemy na chwilę na stadion na Reymonta i odbiorę sobie na szybko pakiet startowy, bo a nuż będę mieć siły pobiec. Żona oczy na mnie, ale nie powiedziała nic. W biurze zawodów zeszło nam trochę dłużej – bo Expo było naprawdę dobrze zorganizowane i warto było się zatrzymać przy kilku stoiskach. Prócz tego tradycyjnie zdjęcie przy ściance, kilku znajomych. Takie tam. W drodze do samochodu zahaczyliśmy jeszcze na Pasta Party i pojechaliśmy na wspomnianą imprezę. Chcąc się szanować wypiłem tylko jedno piwo na wstępie a potem grzecznie imprezowaliśmy do 4 rano. Druga nieprzespana noc. Pobudka o godzinie 6:00. Dwie godziny dnu. Wszyscy słodko spali i przewracali się w mieszkaniu znajomej na drugi bok gdy ja już ubrany zmierzałem najpierw na BP na śniadanie (kanapka grillowana + duża kawa) a potem na autobus w stronę centrum. Gdy patrzę na to z perspektywy – trzeba być nieźle świrniętym. Biorąc dodatkowo fakt, że w tym roku moje przygotowania skupiały się na dwóch biegach górskich (wspomnianym Madeira Island Ultra Trail i Cortina Trail), nie miałem pojęcia czy w ogóle jestem w stanie pokonać 42 km po asfalcie. No ale kij. 1 maja miałem urodziny. Jako przedurodzinowy prezent trzeba sobie złoić tyłek.

30 kwietnia w Krakowie był zimny. Trzeba to sobie powiedzieć wprost. Dojechałem autobusem w okolice rynku, trzeba przyznać, że całe centrum miasta było zaadaptowane dla maratończyków. Oczywiście, przez wszechobecne barierki poruszanie się było utrudnione i mogło to frustrować szczególnie osoby, które chciały zwiedzić Stare Miasto. Pogoda w niedzielne popołudnie nie zachęcała jednak do spacerów. Krótko przed startem zaczął padać deszcz, zrobiło się nieprzyjemnie. Przebrałem się w szatni w jednym z namiotów, oddałem plecak do depozytu i poszedłem się schronić do dużego, białego namiotu. Na linii startu pojawiłem się krótko przed startem. Mimo, że przy zapisach zadeklarowałem się na 3:45-3:59 to wiedząc, że nie poszarżuję ustawiłem się gdzieś pomiędzy 4:15 a 4:30.

Ruszyliśmy przez połowę rynku i w dół Grodzkiej. Minęliśmy bokiem Wawel, i skierowaliśmy się na Błonia. Niestety maraton w Krakowie to widokowo dla mnie powtórką z 3. Cracovia Półmaratonu Królewskiego, z tym że razy dwa. Trasa chyba identyczna (albo bardzo podobna), szkoda że nie da się poprowadzić biegu częściowo przez np. Nową Hutę albo Kazimierz, które są przecież bardzo atrakcyjne. Z drugiej strony – wiadomo, że miasto, chce jak najmniej „ucierpieć” jeśli chodzi o zalew biegaczy. Pierwsze kilometry w deszczu pokonuję z uśmiechem na twarzy. Biegnę lekko, nie patrzę nawet specjalnie na zegarek bo wiem, że dzisiaj się nie ścigam – dzisiaj zdejmuję z siebie klątwę. Mimo pogody po drodze mijamy naprawdę wiele kibiców (są też znajomi – dziękuję za doping!). Atmosfera jest wyśmienita. Punkty odżywcze dobrze zaopatrzone i bardzo długie (woda, izotonik, cukier, czekolada itp. itd.). Pierwsze 21 kilometrów minęło nawet nie wiem kiedy. I tak jak wielu maratończyków mówi: bieg maratoński to 30 km + 12 km. Po 30 kilometrze czuję, że nogi są już ciężkie i nie chcą dalej biec. I zaczyna się walka głową. Na szczęście ta tego dnia była na swoim miejscu i mimo kilku momentów zwątpienia (szczególnie po minięciu już po raz drugi Tauron Areny) – gdy było trzeba napierać pod górkę, idzie w miarę równo. Sam finisz Grodzką w stronę rynku to już czysta formalność. Ryj się uśmiecha, doping kibiców dodaje się i udaje się wykrzesać trochę z siebie. Wynik na mecie nie powala: 4:19. Nie jest jednak gorszy od moich przewidywań. Piękny medal to tylko zwieńczenie dzieła. Banany, woda, zdjęcie pod Finisherem i można powoli wracać do mieszkania znajomej – miałem nadzieję, że już zdążyli się obudzić.

To jednak co najważniejsze dla mnie – pokonałem Cracovia Maraton. Zdjąłem z siebie klątwę tego biegu. Był to też mój pierwszy maraton po ponad rocznej przerwie (2016 upłynął dla mnie pod znakiem kontuzji kolana). Sam wynik nie jest ważny. Warto wziąć udział w tym biegu chociażby ze względu na samo miasto i to, co oferuje. Start i meta na Rynku Głównym to niezapomniane przeżycie. Bieg obok Wawelu, wzdłuż Wisły, stadionów itp. itd. Kraków jest piękny a z perspektywy biegowej jeszcze piękniejszy. Organizacja na bardzo wysokim poziomie – a bieg ukończyło prawie 6000 (!) biegaczy. Mnie bardziej ciągnie w góry i pewnie zbyt często pełnego dystansu na asfalcie robić nie będę (zakładam maksymalnie dwa takie biegi rocznie), ale Kraków na mapie polskich maratonów dla każdego powinien być „must have”.

Translate »