2 Bieg Rokity Na Diabelską Równicę 2017 – relacja

2 Bieg Rokity Na Diabelską Równicę 2017 – relacja

Zaczęło się całkiem deszczowo. Tuż po bezlitosnym sygnale budzika oznajmiającym, że czas wygramolić się z ciepłego łóżka, zerknęłam za okno i pomyślałam „o nie… to się nie dzieje naprawdę”. Szaro, buro i plucha – co trzeba mieć w głowie żeby w sobotni poranek w takich okolicznościach zrywać się wczesnym rankiem, jechać kawał drogi żeby dać sobie wycisk w błocie po pas przez las… No właśnie – nie zrozumie tego nikt, kto choć raz nie poczuł tej satysfakcji z pokonywania swoich barier i ograniczeń. Odwołałam się do swoich wzniosłych ideałów, ale dialog wewnętrzny i pertraktacje poranne z samą sobą nie ustawały. A mogłabym sobie leżeć w ciepełku… Nie rób siary, zapisałaś się, nagadałaś wszystkim w około, że startujesz w biegu na Równicę, to teraz rusz tyłek, bo nie zdążysz do biura zawodów. Dobra, wstaję.

Dotarłam na miejsce kilka minut przed 9:00, łatwo znalazłam wygodny parking obok Karczmy Góralskiej w Ustroniu, przy której zorganizowane było biuro zawodów. Czas odebrać pakiet startowy. Kilka chwil później stałam już w jednej z kolejek do rejestracji zawodników. Większość biegaczy, która odbierała pakiet o tej porze, tłoczyła się pod zadaszeniem więc momentami trudno było zachować porządek, niemniej stoiska organizatorów były bardzo dobrze opisane i gdyby nie zakręcające kolejki, pewnie nie stałabym w jednej żeby się dowiedzieć, że mam stać w drugiej. W biurze zawodów spotkałam się z bardzo życzliwą obsługą, ewentualne niejasności rozwiązywane były na korzyść zawodników – duży plus. Parę minut później stałam się posiadaczką naprawdę przyzwoitego pakietu startowego. Powiem szczerze – szacunek dla organizatorów. W pakiecie bardzo dobrej jakości skarpety z nadrukiem upamiętniającym bieg, świetny pas na numer startowy, 2 ciastka owsiane, woda i ulotki – informacyjna i ze zniżką.

Zrobiłam jeszcze szybki rekonesans okolicy i karczmy, w samej karczmie i na zewnątrz pod parasolami sporo miejsc siedzących, większa część zajęta przez oczekujących biegaczy, toalety w środku dostępne dla wszystkich za free. Gadka szmatka to tu, to tam i do startu pozostało jakieś pół godziny, czas na przebranie i rozgrzewkę. Jak na zamówienie przestało padać.

10 minut przed startem, czyli o 9:50 organizator poprosił o zgromadzenie się przy bramie startowej żeby podać szczegóły dotyczące trasy i ostrzec przed psikusami diabła Rokity, czyli błotem, śliskimi kamieniami, zwalonymi drzewami i dziurą w mostku. Już wtedy wiedziałam, że start w moich nowych, bielusieńkich podkolanówkach to nie był najlepszy pomysł. Nie wiedziałam natomiast, że problem będzie dotyczył też mojej nowej, białej koszulki. Na starcie panowała bardzo życzliwa atmosfera, dało się wyczuć że organizatorzy to ludzie o wielkich, sportowych sercach.   Brama startowa ustawiona została na trawiastym skwerku przy karczmie. Ja oczywiście stanęłam z przodu, w myśl zasady „najpierw na maxa, a później w trupa”. Ziemia zaczęła pluskać pod stopami, gdy blisko 160 zawodników wyruszyło do walki z Diabelską Równicą.

Profil trasy zakładał 697m przewyższenia na odcinku 14 km, jednak większość podbiegów skupiona była wokół pierwszych 4 km. Bolało. Na co mi to było – pomyślałam użalając się nad swoim losem podczas wspinaczki. Myśl, że zaraz będzie z górki podnosiła mnie na duchu. Tuż przy szczycie można było posilić się rodzynkami, napić wody na punkcie żywieniowym i podziwiać tajemniczą, owianą tu i ówdzie mgłą panoramę górską. Kolejne 3 km to techniczny zbieg z licznymi kamieniami i błotkiem. Dalej czekały na uczestników jeszcze 2 niewielkie podbiegi i znowu kilka kilometrów technicznego zbiegu po dość śliskiej i błotnistej ścieżce. Trasa była bardzo dobrze oznaczona, a w newralgicznych punktach zabezpieczona przez strażaków. Na jednym ostrym zakręcie można było też liczyć na doping pary policyjnej, która gwizdkiem i okrzykami zagrzewała do walki i wydawała nieznoszące sprzeciwu polecenie „Nie zwalniać!”. Końcowa część trasy to asfaltowy, płaski odcinek prowadzący prosto do upragnionej mety, gdzie przy akompaniamencie góralskiej kapeli, biegacze byli ciepło witani przez kibiców, a organizatorki wręczały pamiątkowe medale z podobizną diabła Rokity.

Po biegu na każdego z biegaczy w karczmie czekała gorąca kwaśnica, piwo butelkowe oraz jabłko. Chętni mogli także skorzystać z darmowego, regeneracyjnego masażu w namiocie fizjoterapeutów z Orto Med Sport Bielsko-Biała.

Osobiście uważam, że impreza była bardzo udana, organizatorzy zadbali o niemal każdy szczegół. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, to tylko do nieporozumienia z zespołem od pomiaru czasu, ponieważ po biegu udzielono mi błędnej informacji o mojej lokacie. Organizatorka okazała jednak pełen profesjonalizm przy rozwiązaniu mojego problemu i nagroda została dosłana pocztą. Podsumowując, wspaniała atmosfera, życzliwi, uśmiechnięci ludzie, piękna, wymagająca trasa i nieopisana satysfakcja ze startu sprawiły, że wpisuję Bieg Rokity na stałe do swojego kalendarza biegowego!

Autorka: Zuzanna Puchałka

Autor zdjęć: Iwona Wrożyna

p.s. Zuza zajęła 2 miejsce w swojej kategorii wiekowej. Gratulacje! /P.Sz.

Translate »