Beskidy Ultra Trail 30 – relacja

Beskidy Ultra Trail 30 – relacja

Tę relację rozpocznę trochę inaczej niż zwykle – od pewnej krótkiej historii. Kilka lat tego wraz z kolegą z pracy usłyszeliśmy o Zamieci – 24 godzinnym ultramaratonie na Skrzyczne. Ponieważ pracowaliśmy wtedy w Bielsku-Białej uznaliśmy, że warto spróbować. Pamiętam jak mocno trasa tego biegu dała mi popalić, pamiętam kilkukilometrowy zjazd na tyłku spod schroniska niemal nad samą Żylicę. Od tamtego czasu jakoś nie brałem pod uwagę ciekawych biegów organizowanych przez Aktywne Beskidy. Aż do wczoraj.

Na BUT30 zapisałem się w zasadzie „last minute” – dwa tygodnie wcześniej, również po Beskidzie Śląskim biegłem Baran Trail Race na dystansie klasycznym – 25 kilometrów. Tak bardzo mi się spodobało, że uznałem, że fajnie byłoby jeszcze tej jesieni coś podobnego przebiec – i to najlepiej w pobliżu. Zresztą – oba te biegi stanowią dla mnie ostatnie górskie kilometry przed Łemkowyna Ultra-Trail 70 km na którego starcie w Chyrowej stanę już za dwa tygodnie.

Beskidy Ultra Trail to bieg, którego baza zlokalizowana jest w Szczyrku. Do wyboru jest wiele dystansów – każdy może wybrać ten, który będzie mu odpowiadał. Największy „potwór” to ponad 315 kilometrowych Challenge, którego nikt w tym roku nie poskromił. Inne dystanse to: 100 km, 73 km, 47 km, 30 km 10 km oraz… BUT 20 Trek (bez pomiaru czasu – wycieczka dla rodzin). Trzeba przyznać, że organizatorzy zadbali o to by każdy mógł liczyć na atrakcje i nikt ani przez moment się nie nudził.

Zastanawiając się nad wyborem dystansu należy a w praktyce TRZEBA zwrócić szczególną uwagę na profil trasy oraz przewyższenie. Mimo, że Beskid Śląski nie należy do najwyższych ani najtrudniejszych gór w naszym kraju to organizatorzy BUTa jakby za punkt honoru postawili sobie, że ma nie być łatwo no i tak… na mojej 30 kilometrowej trasie do pokonania mieliśmy aż 1700 metrów. To całkiem sporo, ale o szczegółach za chwilę.

Do Szczyrku przyjechałem w sobotę około godziny 8:00 rano (mam zaledwie 40 minut z domu więc to żaden problem). Nie miałem jakiegokolwiek problemu z parkowaniem przy głównej ulicy. Biuro zawodów mieściło się w amfiteatrze Skalite. Na scenie ustawione były stoły gdzie dosłownie w kilka chwil można było odebrać pakiet startowy na swój dystans – nie stałem ani sekundy w kolejce! Przyznać trzeba, że pakiet startowy był bardzo bogaty: oprócz numeru startowego z chipem otrzymywało się również kilka ulotek (w tym 30% zniżkę na cały asortyment sklepu Fitanu.com!), piwo BUTLager browaru z Czechowic-Dziedzic oraz fajną bawełnianą koszulkę, którą można nosić na co dzień – prawda, że bogato?

Po odebraniu pakietu wróciłem do samochodu, przebrałem się, uzupełniłem wodę w bukłaku, skoczyłem na szybko do Żabki po kawę i wróciłem około 9:00 w okolice amfiteatru. Ważne – było na tyle dużo ToiToiów, że nie było jakiejkolwiek kolejki co jest rzadkością podczas zawodów biegowych. Chwilę później na skoczni narciarskiej, która mieści się nieopodal amfiteatru zaczęły się zawody w skokach na igielicie, które najpierw były dość interesujące ale podczas odprawy nieco irytowały.

O 9:30 pod sceną amfiteatru i na krzesełkach zebrała się masa biegaczy z dystansów BUT10 oraz BUT30. Wyszedł prezes Michał i zaczęła się odprawa techniczna – wszystkie problematyczne miejsca na trasie zostały szczegółowo opisane, nie zabrakło kilku śmiesznych anegdot i wszystko odbyło się w naprawdę przyjemnej atmosferze. Z ważnych informacji – podzielono start, BUT10 startował 10 minut po BUT30 – to dobrze bo w zasadzie niewiele to zmieniało a było przez to mniej tłoczno na starcie.

Ponieważ start mojego dystansu rozpoczynał się o 10:00 powoli udałem się w okolice startu gdzie każdy biegacz musiał przejść kontrolę wymaganego sprzętu (szczególnie pieczołowicie sprawdzano posiadanie folii NRC i kurtki przeciwdeszczowej), potem chwila oczekiwania, odliczanie i przez bramę Nutrend ruszyliśmy na 30 kilometrową trasę!

Pierwsze kilkaset metrów biegliśmy wzdłuż rzeki Żylicy, potem musieliśmy przeciąć główną ulicę Szczyrku by zacząć asfaltem piąć się w górę w kierunku ośrodka Orle Gniazdo. Niedługo za nim mijaliśmy Sanktuarium Matki Bożej Królowej Polski (gdzie kibicował nam m.in. prezes Michał!) Jeszcze kawałek po parkingowych kamieniach i w końcu zaczęła się trasa leśna i na sam początek – oczywiście stromo pod górę. Na szczęście był to krótki podbieg po którym nastąpił w miarę łatwy, szeroki odcinek. Biegliśmy tak przez chyba dwa mostki, nawet o 10 rano było jeszcze dość chłodno. Na szczęście mimo niezbyt pozytywnych prognoz nie padało – co było pocieszające. Droga wiła się lekko zakosami aż wybiegliśmy z powrotem na asfalt, tym razem na drogę prowadzącą do Chaty Wuja Toma (gdzie byłem na gorącej czekoladzie zaledwie tydzień wcześniej). Znowu pieliśmy się w górę po aslfacie – ulicą spacerową, aż w końcu przebiegliśmy wokół chaty (było nawet trochę grup turystów, którzy nam kibicowali) i przez przełęcz Karkoszczonkę skierowaliśmy się czerwonym szlakiem w kierunku przełęczy Salmopolskiej.

Kolejne kilometry wiodły w miarę szeroką ale kamienistą trasą. Szczerze mówiąc bardzo miło ją wspominam – nie było zbyt trudno, człowiek był już lekko rozgrzany i biegło się po prostu bardzo przyjemnie. Minęliśmy szczyt Kotarz, potem Grabową i już wiedziałem, że jest niedaleko. Zresztą – świadczyło o tym również to, że spotykaliśmy coraz więcej turystów na szlaku.

Po (wg mojego Suunto) 13,5 kilometra znaleźliśmy się na przełęczy – na Białym Krzyżu gdzie czekał na nas jedyny punkt odżywczy na trasie. To dobrze bo szczerze mówiąc zrobiłem się już głodny. Do tego punktu biegłem prawie 1:45 godziny.

Trzeba przyznać, że był to jeden z lepiej zaopatrzonych punktów żywieniowych na którym byłem w życiu – także dlatego, że obsługiwał dłuższe dystanse. Można było zjeść coś ciepłego – makaron z sosem albo ziemniaki, wziąć na drogę żel lub baton energetyczny, posilić się orzeszkami, arbusem, pomarańczami czy… jagodziankami! Nie brakowało również kawy, herbaty, izotoniku czy wody (również do bukłaka). Obsługa  była PRZEmiła (dziękuję!). Po kilku minutach na punkcie uznałem, że co miałem zjeść to zjadłem i ruszyłem dalej czerwonym szlakiem w górę. Droga odsłoniła przed nami przepiękne widoki. Góry jesienią zawsze mnie zachwycają i jest to chyba jeden z głównych powodów dlaczego lubię startować nie wiosną, a jesienią. Człowiek chętnie by się zatrzymał by podziwiać, ale napierał dalej. W takich okolicznościach przyrody jednak trasa mijała jak z bicza, ani się nie obejrzałem a już byłem na Malinowie, dalsze przepiękne widoki – Malinowska skała(nawet zatrzymałem się by pstryknąć kilka fotek). Napieramy dalej, pojawia się jeszcze więcej kamieni i jeszcze więcej turystów, momentami na trasie trzeba ustępować bo głębokie kałuże sprawiają, że ruch jest spowolniony. Powoli zaczynam już czuć dystans i przewyższenie w nogach ale dalej biegnie mi się bardzo dobrze – z przodu zresztą widzę już maszt na Skrzycznem co dodaje mi animuszu. Dobiegam na Małe Skrzyczne przy okazji z nowopoznanym kolegą biegaczem wymieniając kilka ciekawostek z życia, już niedaleko. W końcu znajdujemy się na szczycie i… skręcamy ostro w lewo zgodnie ze strzałką z napisem meta (ten napis na 11 km przed metą i tym co nas czekało przed tym należał do bardzo czarnego humoru!).

Najgorsze za mną – myślę sobie. Skrzyczne zdobyte, teraz już rura z górki i będzie dobrze. Szczególnie, że znałem szlak turystyczny, który wiedzie prosto do Szczyrku. Tak myślałem i bardzo się myliłem. Początek faktycznie był bardzo przyjemny, nabieraliśmy tempa, biegliśmy częściowo po stoku narciarskim, potem skręciliśmy na wąską drogę (sympatyczni turyści ustępowali nam miejsca sprawiając, że nie musieliśmy się zatrzymywać). Dobrze żarło jakieś pięć przyjemnych kilometrów. Przyjemnych, ale wcale nie takich łatwych – trasa jest techniczna, znajduje się na niej mnóstwo luźnych kamieni, szczególnie podczas zbiegu trzeba być skupionym i zwracać szczególną uwagę na to jak stawia się nogi. Jeden zły ruch i może być po bieganiu.

Patrząc na profil trasy (który był także na numerze startowym) wiedziałem, że czekają mnie jeszcze dwie małe górki – ale co to przecież przy zdobyciu Skrzycznego? Do mety było jakieś 5-6 kilometrów gdy przede mną (i innymi biegaczami) wyrosła ściana. Dwa razy każdy się zastanawiał czy to na pewno dobra droga ale ruszyliśmy wyrypą w górę. Trasa była bardzo wymagająca, częściowo warto było pomagać sobie rękami i w zasadzie wspinać się na całego (serio!). Dwukrotnie przystawałem podczas drogi pod górę. Ta malutka hopka wypluła mnie jak mało co podczas mojej przygody z górskim bieganiem. Była to niespodzianka, która na długo zapadnie mi w pamięci.

Potem trochę szerokiej prostej drogi, ostatnie – tym razem w miarę spokojne podejście, zbieg i w końcu zaczęła się utwardzona droga, pierwsze domy, stromy zbieg, przebiegnięcie przez mostek, skręt w prawo i w końcu upragniona meta!

Czas? 4:07. Miejsce? 32 na 184 biegaczy. Zadowolenie – milion! Za linią mety czekał na mnie ładny medal, pyszne jedzenie (takie jak na punktach odżywczych) – ja akurat miałem ochotę na ziemniaki w mundurkach z sosem czosnkowym. Dla chętnych było również piwo.

Co zapamiętam z BUTa? Że to nietuzinkowa impreza, która potrafi zaskoczyć, potrafi sprawić, że psychika zacznie się buntować ale potrafi też dać niesamowitą ilość satysfakcji no i nie mniej niesamowitych widoków. Niekomercyjny charakter imprezy sprawia, że biegacz górski czuje się w Szczyrku i Beskidzie Śląskim „jak u siebie”. Myślę, że za rok spotkacie mnie na starcie!

Przy okazji – były to moje pierwsze kilometry w nowych butach Altra Olympus 3.5, które mimo że jeszcze nierozbiegane sprawiły się należycie! 🙂

Translate »