EA7 Milano Marathon 2018 – relacja

EA7 Milano Marathon 2018 – relacja

Chciałbym opowiedzieć Wam wspaniałą przygodę. Taką, którą będę pamiętał do końca życia. Jeszcze w 2017 roku szukałem dla siebie biegu na pierwszą połowę roku. Takiego, który da mi odpowiedniego kopa motywacyjnego. Szczerze mówiąc na początku nie brałem pod uwagę Włoch z tego powodu, że zawsze szukam nowych destynacji a m.in. właśnie w Mediolanie byłem na przełomie lipca i sierpnia na wakacjach. Ostatecznie jednak moje plany tak się poukładały a kilka atutów EA7 Milano Marathon przemówiło za tym, że postanowiłem wystartować właśnie w tych zawodach.

Co przemówiło za tym, że wybrałem start właśnie w Mediolanie? Najważniejszy był termin – chciałem pobiec maraton i spróbować złamać swoją życiówkę jeszcze przed 30-stymi urodzinami, które przypadają już za kilka dni – 1-go maja. Może uznacie to za głupie ale uznawałem to za ostatnią szansę na to, by przed zmianą na trójkę z przodu zrobić jeszcze coś, z czego będę mógł być dumny. Byłem również zdecydowany co do tego, że chcę pobiec maraton za granicą. Jak do tej pory uczestniczyłem w sześciu maratonach – wszystkich w Polsce. Dwukrotnie przebiegłem Silesia Marathon, finishowałem również podczas Orlen Warsaw Marathon, Łódź Maraton, Wrocław Maraton i Cracovia Marathon. Potrzebowałem odmiany, zobaczenia jak wyglądają takie zawody w innych krajach – i już teraz zdradzę, że nie jestem zawiedziony. Moja życiówka została nabiegana w 2015 roku w Łodzi gdzie na metę w Atlas Arenie wbiegłem z czasem 3:56:55. Powiecie, że nic takiego, ale żaden inny maraton nie dał mi szansy na poprawę tego rezultatu. A raczej – po prostu nie byłem odpowiednio przygotowany, by móc przebiec szybciej taki dystans. Teraz plan startu w zagranicznym maratonie miał mi dać impuls do treningów.

Cały proces decyzyjny w przypadku mojego startu odbył się w okolicach listopada zeszłego roku. Przyznam szczerze, że był to okres, gdy przestałem biegać i zapuściłem się. Rozpoczynając pierwszego grudnia treningi pod start w maratonie ważyłem 64,4 kg i wcale nie czułem, że będę w stanie w dobrym zdrowiu przebiec pełen dystans. A zdrowie to słowo klucz, bo właśnie w 2015 roku po maratonie w Łodzi i Warszawie padło mi kolano. Od tamtego czasu bardzo się staram, by kolejne kontuzje mi się nie przytrafiały. Konsekwencją sytuacji był zawalony rok 2016, który spędziłem błąkając się z różnym skutkiem po fizjoterapeutach. Na szczęście ten okres mam już za sobą. Ale teraz nie zapominam już o rozciąganiu i rollowaniu po każdej jednostce treningowej.

Mimo przeciwności losu i zimy pełnej smogu starałem się realizować plan treningowy, który miałem w głowie (nie mam żadnego trenera, bo biegam przede wszystkim dla przyjemności). Nie zawsze dało się pobiegać wieczorem po wsi więc wtedy zamieniałem trening biegowy na 45 minutową zabawę z kettlami w domu. Innym razem gdy widziałem, że powietrze jest lepszej jakości, zabierałem psa i szybko przebierałem nogami do lasu. Nie były to łatwe przygotowania, ale odniosły skutek. Ostatecznie w dzień wylotu do Mediolanu moja waga wynosiła równe 58 kilogramów (bez żadnej diety), biegi kontrolne przed maratonem także wypadały nieźle – oscylowałem w granicy 45 minut na 10 km, co było zbliżonym czasem do mojego rekordu życiowego. Czułem, że jestem w stanie złamać 3:50 i z takim nastawieniem leciałem do stolicy mody.

Zanim jednak to nastąpiło musiałem mieć podpisany Certyfikat medyczny. Dokument, który był mi niezbędny do startu. Włoskie prawo różni się pod tym względem od polskiego. Ostatecznie udało mi się znaleźć lekarza sportowego w Chorzowie i przejść u niego pozytywnie komplet badań (spirometrię, echo serca, EKG spoczynkowe i wysiłkowe oraz morfologię i badanie moczu) za ok. 150 złotych. Prócz tego udało mi się załatwić grupową zniżkę dla Polaków – za pakiet startowy aż do końca rejestracji mogliśmy płacić „tylko” 41 euro + kilka euro dodatkowego ubezpieczenia, łącznie ok. 45 euro. Kwota jak najbardziej akceptowalna biorąc pod uwagę włoskie ceny – większość polskich biegów ultra kosztuje bardzo podobnie, a przecież maratonu nie biega się co tydzień!

Z Polski do Mediolanu można dostać się nie tylko bardzo szybko, ale również stosunkowo tanio. Loty z Krakowa, Katowic czy Warszawy realizowane są praktycznie codziennie. Ponieważ nie narzekam na nadmiar urlopu wybrałem opcję stosunkowo szybką – wylot w piątek, powrót w poniedziałek. W sam raz by nie zrujnować portfela. Szczególnie, że nie miałem szczególnych planów zwiedzania miasta – miałem okazję zrobić to z rodziną w wakacje. Ostatecznie poleciałem RyanAirem z krakowskich Balic. Koszt takich lotów zaczyna się nawet od ok. 100 złotych w dwie strony. W połączeniach za 200-300 złotych w dwie strony można już sobie wybierać terminy. Są to kwoty porównywalne do przejażdzki Pendolino z Katowic do Warszawy. Z lotniska w Bergamo do którego leciałem Shuttle Bus w dwie strony kosztował mnie 8,5 euro na główny dworzec w Mediolanie. Stamtąd do hotelu miałem dosłownie 5 minut na nogach – stacjonowałem w UNA Hotel Century, świetnie położonym i bardzo czystym hotelu, który mogę z czystym sumieniem polecić. Jeszcze na dworcu głównym zaopatrzyłem się w bilet 48 godzinny na całą komunikację miejską – koszt: 8.25 euro. Po wieczornym przylocie poszukałem na mieście czegoś do zjedzenia i poszedłem spać.

Sobota (dzień do maratonu), była pierwszym dniem obfitującym w atrakcje. Obudziłem się wcześnie rano, specjalnie, żeby szybko zjeść śniadanie i udać się na EXPO, które mieściło się przy Piazzale Carlo Magno – miejscu, które nie miało nic wspólnego ze startem ani metą niedzielnego biegu. Żeby tam dojechać musiałem jechać dwoma liniami metra, choć szczerze mówiąc droga była bardzo szybka. Zbliżając się do miasteczka maratońskiego zauważyłem, duże grupy dorosłych wraz z dziećmi. Przy wejściu do wioski zaczynał się bieg szkolny – Bridgestone School Marathon. Ja przeszedłem przez pierwszą bramę i kierowałem się przez bramę EA7 Emporio Armani wgłąb EXPO, gdzie – byłem przekonany – spędzę co najmniej 2 godziny.

Zaraz za wejściem były przygotowane stanowiska odbioru numerów startowych. Ponieważ byłem na miejscu dosłownie kilka minut po otwarciu nie musiałem czekać w jakiejkolwiek kolejce. Podszedłem po prostu do biura zawodów, podałem dokument tożsamości i odebrałem pierwszą część pakietu startowego – czyli numer startowy i agrafki w worku. Żeby odebrać cały pakiet jak się okazało  trzeba było przejść całą strefę Expo, co ostatecznie wcale nie było złym pomysłem. Na samym początku czekały stoiska innych biegów (głównie włoskich). Na wspomnienie na pewno zasługuje Ravenna Marathon, który reklamował się filmem z naszą rodzimą grupą Spartanie Dzieciom (w rozmowie osoba ze stoiska była zachwycona tym, jak Spartanie zaprezentowali się w Ravennie!). Inne zawody, które wzbudziły moje zainteresowanie to Firenze Marathon, Verona Marathon, Milano Linate Night Run, Venice Marathon czy Lake Garda Marathon. Idąc wgłąb hali można było odwiedzić wiele innych ciekawych stoisk. Ja powoli zbliżałem się do stanowisk odbioru koszulek startowych. Bez żadnego problemu ani czekania odebrałem koszulkę. A nie była to byle jaka koszulka – specjalnie dla uczestników Milano Marathon  została zaprojektowana oficjalna koszulka od EA7 Emporio Armani – czegoś takiego nie da się po prostu kupić w sklepie ani nawet luksusowym butiku! Zaraz obok mieściła się ścianka, by zrobić sobie zdjęcia z numerem startowym (no i w koszulce, jeśli ktoś chciał). Najlepsze w tym – szczególnie dla osób, które były bez znajomych – jak jak, było to, że były dedykowane hostessy, które chętnym robiły zdjęcia! Dzięki temu każdy kto miał taką ochotę mógł mieć miłą pamiątkę! Oczywiście nie omieszkałem skorzystać z pomocy – chciałbym by na każdym biegu był ktoś taki.

Gdy już miałem koszulkę udałem się w stronę stoiska Air France. Dlaczego? Ponieważ udało mi się zakwalifikować do darmowego nadruku na koszulce. Dlatego teraz moja koszulka nie jest tylko Emporio Armani, ale również Piotr Szalasny – to kolejna bardzo fajna pamiątka z tych zawodów. Kolejnym stoiskiem, który musiałem odwiedzić był Enervit, oficjalny partner biegu. Zaopatrzyłem się tam w trzy żele energetyczne za 5 euro. I tak na trasę w niedzielę chciałem wziąć ze sobą tylko dwa (mój organizm nie toleruje dużej ilości żeli, rzadko również z nich korzystam). Idąc dalej wzdłuż stoisk zatrzymałem się dłużej przy nowej odsłonie Citroena C4 Cactus (jestem właścicielem starszej wersji tego modelu), zainteresowałem się butami Skechersa i nowymi zegarkami Garmina aż w końcu doszedłem do stanowisk, gdzie rozdawano torby startowe z całą resztą dobra przygotowanego dla biegaczy. Było tego naprawdę sporo, i nie były to same ulotki (z ważniejszych elementów chociażby dwie gąbki na trasę). Ułożenie Expo i miejsca do odbioru poszczególnych elementów pakietu startowego tak jak wspominałem sprawiały, że każdy z uczestników w zasadzie nie miał innej możliwości i musiał przejść wzdłuż wszystkich stoisk. Mi to w żaden sposób nie przeszkadzało – miałem okazję zapoznać się z wieloma interesującymi nowościami oraz imprezami. Nawiązałem również kilka kontaktów, które być może zaowocują w przyszłości.

Po zwiedzeniu całego EXPO (zajęło mi to jednak 1:30h, więc nieco krócej, niż planowałem), udałem się na główną ulicę gdzie w dalszym ciągu odbywał się Bridgestone School Marathon – przez pewien czas kibicowałem i przyglądałem się jak zorganizowana jest impreza. Potem (jak się potem okazało całkiem bezsensownie), udałem się do Casa Milan – budynku klubowego A.C. Milan, gdzie mieścił się oficjalny klub zespołu. Ze względu na ceny nic tam jednak nie kupiłem i wróciłem do metra. Zamiast iść odpoczywać pojechałem zobaczyć Cimitero Monumentale di Milano, tam również spędziłem nieco ponad godzinę. Nie przeszedłem całego, gdyż mimo wszystko chciałem choć trochę szanować nogi przed niedzielą. Jeśli jednak będziecie w Mediolanie to jest to miejsce naprawdę warte odwiedzenia. I nie ma większego znaczenia, że jest to cmentarz – jest to również niesamowite muzeum rzeźby i sztuki. Po zwiedzaniu udałem się do hotelu by nieco odpocząć.

Około godziny 17:00 wyruszyłem do centrum Mediolanu, chciałem na spokojnie po raz kolejny obejrzeć Duomo – czyli mediolańską Katedrę i przejść się główną ulicą. Kupiłem synowi szalik A.C. Milanu (w oficjalnym megastorze, w którym ceny były już zdecydowanie bardziej przystępne). Potem znalazłem absolutny hit – sklep Lego, w którym spędziłem sporo czasu. Na pewno nie wyglądałem na osobę, która ma za kilka godzin stanąć na starcie maratonu – ubrany w białą koszulę, zielony krawat i szarą marynarkę. Na godzinę 20:00 wybierałem się do jednego z najbardziej znany teatrów na świecie na spektakl baletowy – teatr La Scala mieszczący się w centrum Mediolanu to miejsce, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Ceny biletów do tego miejsca nie należą do najtańszych, ja kupiłem sobie miejsce w pierwszym rzędzie drugiej (najwyższej) galerii – czyli najtańsze możliwe, i zapłaciłem za nie 22 euro. Z perspektywy jednak – było warto. Miejsca mimo wszystko sprawiały, że widziałem wszystko, co działo się na scenie (i pod nią – czyli orkiestrę). Balet był podzielony na trzy części: Mahler 10, Petite Mort i Bolero, powiem tylko, że druga i trzecia część zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu. Teatr wewnątrz robi niesamowite wrażenie i naprawdę warto go odwiedzić! Po spektaklu udałem się z powrotem do hotelu, i po godzinie 23:00 byłem przygotowany do pójścia spać. Niedziela miała być dniem próby.

Obudziłem się nieco przed godziną 7:00. Ubrałem od razu w strój maratoński nie zapominając o plastrach na sutki i wazelinie pod pachwinami i ramionami. Zjadłem lekkie śniadanie (dwa crossainty, dwie kawy espresso i kromkę tostowego chleba z dżemem), wróciłem na chwilę do pokoju i jeszcze przed 8:00 stałem w metrze by przejechać jedną stację w pobliże ogrodów publicznych Indro Montanelli, gdzie mieściło się miasteczko maratońskie. Po wyjściu z metra doznałem szoku, moim oczom ukazała się gigantyczna kolejka ludzi przed bramą. Nie miałem zielonego pojęcia, że każdy przed wejściem do parku będzie musiał przejść kontrolę bezpieczeństwa a`la taką na lotnisku. Każdy musiał przejść przez bramkę bezpieczeństwa, niektórzy mieli sprawdzane bagaże. Przez to w kolejce czekałem niemal 30 minut a szczerze mówiąc – myślałem, że inaczej spędzę ten czas. Po pewnym czasie zacząłem się nawet nieco denerwować – czy uda się zdążyć na start biegu. Ostatecznie wszystko zakończyło się dobrze. Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że jeśli takie „atrakcje” mogą w jakikolwiek sposób podnieść bezpieczeństwo biegaczy to nie mam nic przeciwko, by taka kontrola bezpieczeństwa odbywała się przed innymi biegami. W końcu bezpieczeństwo jest zawsze najważniejsze. Już po kontroli udałem się czym prędzej wzdłuż parku przez miejsca gdzie zostawiało się depozyt aż na ulicę gdzie miał miejsce start. Tłum biegaczy był naprawdę spory a do startu było kilkaset metrów. Nie wiem dlaczego, ale byłem zakwalifikowany do sektora startowego powyżej 4:15. Jak wiecie chciałem bić się o złamanie 3:50 stąd też niepostrzeżenie (jak wielu innych) przeszedłem do strefy niebieskiej i ustawiłem się bezpośrednio za pacemakerami na 3:50. Przed samym startem było dość tłoczno, a przez to ciepło. Bardzo bałem się upału (nie biega mi się wtedy najlepiej), o godzinie 9:00 temperatura wynosiła przyjemnych 16 stopni celsjusza, a niebo było minimalnie zachmurzone – idealna pogoda do biegania. Pomyślałem. W końcu maraton ruszył – a ja pełen nadziei miałem nakreślony cel (dzień wcześniej zaznajamiałem się dokładnie z trasą) – do 32 kilometra biegnę za balonikami a jak starczy sił, to ostatnie 10 km postaram się pobiec nieco szybciej. Ponieważ wiedziałem, że nie ma mowy o błędzie bardzo kurczowo trzymałem się tego, by nie wyprzedzać pacemakerów nawet o krok.

Pierwsze kilometry to tłok, mimo szerokiej ulicy tłum niósł a ja starałem się panować nad swoim tempem, by jednak nie dać się „ponieść” atmosferze. Pierwszym godnym odnotowania miejsce była brama – Porta Garibaldi, którą mijaliśmy dwukrotnie (tzn. z obu stron). W okolicach piątego kilometra mijaliśmy również Dworzec Centralny – obok którego mieszkałem. Tam już powoli się rozluźniło i dało się bez trudu zobaczyć, kto również biegnie w grupie na 3:50. Kolejne kilometry minęły bardzo szybko, biegliśmy coraz bliżej rynku (na co wskazywał chociażby bruk, po którym biegliśmy co jakiś czas), aż w końcu zaczęło się robić tłoczniej i zaczęło pojawiać się więcej kibiców. To był ten moment. W okolicach 10 kilometra przebiegaliśmy wzdłuż Duomo – wizytówki Mediolanu. To tam zebrało się mnóstwo kibiców i oczywiście fotografów. Chyba każdy biegacz chciał mieć zdjęcie jak biegnie maraton obok monumentalnej katedry. Muszę przyznać, że było to niesamowite przeżycie – ludzie krzyczący „Forza, Forza”, cień Katedry, brama EA7 przed nami – po prostu kosmos. Co więcej, ponieważ było to dopiero 10 kilometr wszyscy byli w miarę „na świeżo” i mogli garściami chłonąć atmosferę wielkiego biegowego święta w Mediolanie. Obok katedry nie mniejsze wrażenie robiła galeria Vittorio Emmanuele II. Po prostu niesamowite przeżycie – co mam więcej napisać. A już za kolejnym kilometrem, w okolicach ronda mieliśmy okazję zobaczyć okazały Zamek Sforzów, który również robi wrażenie. Pierwsza godzina minęła. Biegło mi się do tej pory lekko i niezwykle przyjemnie. Tempo było w sam raz, podobnie jak temperatura…no i atrakcje miasta sprawiały, że nie czuło się w ogóle, że już 11 kilometrów za nami. Nieco dłużyć zaczęło się na długiej nawijce (szczególnie, że połowa była z górki a połowa nieco pod górkę), która wlokła się od ok. 13,5 do 16,5 kilometra. Był to jednak moment, gdzie można było wypatrzyć i szybszych i wolniejszych znajomych. Następną atrakcją była nowsza część Mediolanu – czyli Citylife – miejsce, gdzie dzień wcześniej wszyscy byliśmy na Expo. Potem można było zauważyć, że coraz bardziej oddalamy się od centrum. Otoczenie robiło się bardziej monotonne, kolejne kilometry biegły jednak dalej szybko. Dalej trzymałem tempo, czułem się dobrze ale powoli zaczynało mi się nudzić. I wtedy przed moimi oczami ukazał się stadion San Siro, który jest dla mnie ikoną piłki nożnej i który pamiętam z czasów jak byłem małym dzieckiem i pasjonowałem się Ligą Mistrzów. Chwilę później minęliśmy Hippodrom. Potem przez długi czas mijaliśmy park by znowu powoli zacząć kierować się w stronę centrum miasta. Po 30 kilometrach dalej czułem się nadspodziewanie dobrze, żadnych oznak wyczerpania, brak maratońskiej ściany. Żołądek również się nie buntował – a tego trochę się bałem, bo przed startem w maratonie miałem mało długich wybiegań (tylko jedno na 30 km i ok. 6 na dystansie 21-25 km). Na każdym punkcie odżywczym po drodze piłek kubek izotoniku lub/i wody, dla bezpieczeństwa jadłem wyłącznie banany. Czułem się świetnie, ale jeszcze bałem się odłączyć – w końcu nie taki był mój plan. Na 32 kilometrze czekał na nas specjalny punkt odżywczy przygotowany przez Enervit – czekały żele energetyczne. To za tym punktem uznałem, że czas spróbować swoich sił. Razem z jedną dziewczyną urwaliśmy się i zaczęliśmy ostrożnie uciekać do przodu. Co dziwne – dalej było komfortowo a wyprzedzanie kolejnych uczestników działało również pozytywnie na psychikę. Odliczałem powoli od 10 do zera. Za 37 kilometrem widzieliśmy z daleka Arco della Pace (Łuk, który był na tegorocznym medalu), a potem wbiegliśmy do Parco Sempione i znowu biegliśmy obok zamku Sforzów (tym razem z drugiej strony). Tam również było mnóstwo kibiców, a że była to już ostatnia piątka okrzyki i zagrzewanie do ostatniego wysiłku bardzo pomagały. Muszę powiedzieć, że duże grupy, które mocno nas wspierały na trasie były tam – gdzie odbywały się zmiany sztafety maratońskiej, która była częścią maratonu. Dało się tam odczuć jedność z innymi biegaczami, którzy czekają by ruszyć na trasę. Po przebiegnięciu parku wiedziałem, że to już końcówka, ostatnie kilometry nie należały do najłatwiejszych. Wyszło już mocno słońce, zaczęło być naprawdę gorąco (spaliłem sobie nawet twarz jak okazało się wieczorem). Końcówka biegu prowadziła pod górę, wielu biegaczy tam przystawało, ja wiedziałem, że jestem blisko upragnionej życiówki i że jeśli jeszcze chcę cokolwiek ugrać to po prostu nie mogę się poddać. Biegłem dalej (42 kilometr w tempie 4:57), ostatnie 500 metrów to lekki zbieg, który dał szansę się nieco rozpędzić. Na metę wbiegłem z ogromnym uśmiechem na twarzy i czasem 3:46:19. Poprawiłem o ponad 10 minut swój rekord życiowy, przebiegłem bez żadnej ściany, bez żadnego momentu załamania przepiękne zawody we wspaniałym mieście i co tu dużo mówić – warto było poświęcić mnóstwo wolnego czasu na przygotowania dla właśnie tej chwili. Czułem, że w końcu ujarzmiłem maratoński dystans, pobiegłem zgodnie ze swoim założeniem i co najważniejsze – udało się osiągnąć założony cel. Za metą na biegaczy czekało multum dobrych rzeczy, woda, izotonik, herbata, piwo bezalkoholowe a nawet jogurty, banany, pomarańcze i inne pyszności – było w czym wybierać. Park gdzie mieściło się miasteczko maratońskie zamienił się w międzyczasie w piknik rodzinny! Mnóstwo stoisk, rodziny z dziećmi a obok depozyt, miejsca do masażu… można było tam spędzić dobrych kilka kolejnych godzin. Ja jednak z dumnie wiszącym medalem na szyi (bardzo ładny, przedstawiający Arco Della Pace) przeszedłem się tylko powoli wokół, porozmawiałem ze spotkanymi znajomymi z Polski i powoli udałem się do hotelu, by się okąpać i coś konkretnego zjeść. Czułem, że dałem z siebie wszystko.

Po porządnej kąpieli, poszedłem zjeść pizzę w nagrodę (znalazłem za 5 euro, co jak na włoskie warunki jest ceną bardzo niską), potem odpocząłem i… to wcale nie był koniec dnia! Na godzinę 20:45 z lekko zmęczonymi nogami udałem się w na stadion San Siro. Za 20 euro kupiłem sobie bilet na mecz ligowy Serie A, A.C. Milan miał grać z dobrze spisującym się beniaminkiem – US Sassuolo Calcio. Przed stadionem odbywał się piknik, który diametralnie różnił się od tego, co widać przed stadionami ekip z Ekstraklasy. Całe rodziny zajadały się jedzeniem z aut, można było kupić gadżety klubowe. Atmosfera była świetna. Zjadłem piadinę, którą polecił mi jeden z Włochów po czym udałem się na stadion. Po San Siro widać, że nie jest to stadion pierwszej młodości (szczególnie, że w Polsce teraz nie jest trudno o nowe obiekty – jak Stadion Narodowy czy Stadion Śląski w Chorzowie), ale czuć jego magię. Trybuny są ogromne a atmosfera (jak przystało na włoski temperament) gorąca. Mimo tego, że był to przecież tylko mecz ligowy oglądało go ponad 43 000 kibiców! Emocje związane z samym widowiskiem i całą otoczką były niesamowite. Kibice jednak wychodzili smutni – mecz zakończył się remisem 1:1. Ja cieszyłem się, że mogłem zobaczyć niezłe widowisko i dwie bramki. To tak pełnym emocji dniu wróciłem po godzinie 24:00 do hotelu i zasnąłem w mgnieniu oka.

Nastał poniedziałek a wraz z nim zamiast pięknej pogody zaczął padać deszcz. Do południa pozbierałem się z hotelu, powłóczyłem w okolicach dworca głównego by w końcu wsiąść do Shuttle Busa i udać się na lotnisko Orio al Serio w Bergamo. Tam spędziłem znowu trochę czasu, coś zjadłem, pochodziłem po sklepach i w końcu wsiadłem do samolotu RyanAir. W okolicach 21:40 wylądowałem na lotnisku w Krakowie. Potem wsiadłem do auta i udałem się do domu.

To były cztery dni naprawdę pełne atrakcji. Cztery dni, które będę pamiętał na pewno do końca życia. Po raz pierwszy pobiegłem maraton dokładnie tak, jak sobie zaplanowałem. Nie byle jaki maraton – bo najszybszy we Włoszech (trasa faktycznie jest bardzo płaska i jest idealna do pobicia swojej życiówki). Myślę, że osiągnięty wynik jest więcej niż satysfakcjonujący, choć być może pokuszę się o złamanie 3:45 już we wrześniu w Tallinnie. Prócz tego byłem na spektaklu w teatrze La Scala i na meczu A.C. Milan na San Siro – to chyba nieźle, prawda?

Jeśli podobnie jak ja szukasz szybkiej trasy oraz dużego maratonu za granicą to z całego serca polecam Milano Marathon. Do Mediolanu jest bardzo łatwo dostać się z Polski, sama trasa jest bardzo ciekawa, szybka i zahacza o większość atrakcji tego miasta. Nie ma również problemu z bazą noclegową czy gastronomiczną. A jeśli ktoś lubi zakupy to już w ogóle nie może lepiej trafić. Oryginalna koszulka EA7 Emporio Armani to dodatkowo miły dodatek i fajna pamiątka.

Jeśli masz jakiekolwiek pytania – zapraszam do komentowania lub kontaktu via @!

Oficjalna strona biegu: www.milanomarathon.it

Translate »