Malofatranská stovka 2020 – relacja

Malofatranská stovka 2020 – relacja

Jeszcze na początku tego roku snułem niesamowite plany biegowe – miałem wziąć udział w Madeira Island Ultra Trail (Portugalia), w Scenic Trail (Szwajcaria), Zugspitz Ultra Trail (Niemcy) a na deser miał być sierpniowy start na dystansie OCC podczas UTMB. Kalendarz wyglądał imponująco. Jak już jednak kilkukrotnie pisałem koronawirus pokrzyżował moje plany i (do zeszłego weekendu) jedynymi zawodami w jakich wziąłem udział w 2020 roku był Bieg Utopca w Bieruniu z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (w styczniu)… tylko tyle.

Przez te kilka miesięcy rosła we mnie frustracja, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że na biegach świat się nie kończy a ludzkie życie jest największym skarbem. Mimo wszystko gdzieś tam bardzo brakowało mi tych emocji.

Biegałem w swoim życiu na dwóch kontynentach, w bardzo różnego typu zawodach i w wielu krajach (od Maroka, przez Portugalię i  Estonię po Włochy, Chorwację czy Czechy) a uwierzycie, że nigdy, że żaden z ponad 130 ukończonych biegów nie odbył się na Słowacji? A przecież do granicy z domu mam godzinkę samochodem. A może właśnie dlatego – bo to co bliskie nie wydaje się wcale tak atrakcyjne. Częścią przygotowań do tegorocznego UTMB miał być start w zawodach Malofatranská stovka. Okazało się, że UTMB nie będzie a MF stanie się jednym z największych biegowych pragnień tego roku.

Przyznać muszę, że decyzje tak polskiego jak i słowackiego rządu śledziłem przez cały czerwiec niezwykle bacznie. Już wcześniej było wiadomo, że Czesi i Słowacy mogą wzajemnie się odwiedzać i że zawody w wersji COVID się odbędą. Do końca jednak nie było wiadomo co z Polską. Ostatecznie dostałem prezent od władz – granice zostały otwarte bez obowiązku kwarantanny a ja szczęśliwy mogłem zacząć się pakować na zawody. A muszę przyznać, że pakowałem się i cieszyłem z tego wyjazdu tak jakbym jechał na drugi koniec świata (po tylu miesiącach bez zagranicznych wyjazdów).

Pasmo Małej Fatry jest moim ulubionym na całej Słowacji. Bywam tam co najmniej kilka razy rocznie. Od Terchovej dzielą mnie zaledwie dwie godziny w samochodzie – nic więc w tym nie ma dziwnego. Za każdym razem zachwycam się pięknem tych gór i ich „wyjątkowością”. Nic więc dziwnego, że gdy końcem 2019 roku dowiedziałem się o MF postanowiłem, że wezmę w nim udział. Początkowo planowałem pobiec trasę 50-kilometrową. Organizatorzy (Slovak Ultra Trail) w tym roku jednak przygotowali dla zawodników niespodziankę – 33 kilometrową trasę. Ostatecznie ze względu na prognozowane średnie przygotowanie (był czas, gdy nie mogliśmy wyjść z domu pobiegać!) wybrałem właśnie ten nowy, najkrótszy wariant – i jak się zaraz okaże miałem dobre przeczucie.

Już w piątek wziąłem dzień wolny z pracy i z samego rana pojechałem na Słowację, do miejscowości Martin gdzie przeszedłem najstarszą via-ferratę HZS (najstarszą na Słowacji). O tym jednak będzie osobny wpis. W Terchovej zameldowałem się o 16:30.  Biuro zawodów mieściło się w centrum RIC Terchovec, około 300 metrów od „centrum” miejscowości i słynnej rzeźby Janosika i było otwarte (oficjalnie) tylko w piątek. Szczerze mówiąc atmosfera była jeszcze dość spokojna. Biuro zawodów mieściło się z tyłu budynku i składało się z dwóch tablic (podstawowe informacje i profile każdej z tras) oraz trzech stoliczków i kilku osób do obsługi. Wszystko odbywało się bardzo skromnie i kameralnie. Ze względu na COVID przyszedłem z wypełnionym formularzem (miałem również wykupione obowiązkowe ubezpieczenie na wypadek wypadku w górach). Po chwili otrzymałem pakiet startowy na który składał się numer startowy, agrafki i próbna saszetka jakiejś mieszanki witaminowej. Niby niewiele, ale przecież nie przyjechałem tam po gifty! Cena startu na poszczególne dystanse to: MF100: 65 euro, MF50: 45 euro, MF33: 35 euro – można powiedzieć, że ceny nie odbiegają od tego co można zobaczyć na polskich biegach górskich.

Dla zawodników dostępna była cała sportowa – na której można było się wyspać (wraz z zapleczem sanitarnym). Ponieważ organizatorzy informowali o możliwości rozbicia namiotu ja wybrałem tę drugą opcję i rozłożyłem się w bezpośrednim sąsiedztwie RIC Terchova. Im było później tym biegaczy było coraz więcej a atmosfera robiła się weselsza. Część zawodników przyjechała też swoimi kamperami więc również na parkingu było gromko.

Nie odmówiłem sobie sytej kolacji w mojej ulubionej restauracji – Haluškareň i wcześnie bo około 22 poszedłem do namiotu spać. Start zawodów był zaplanowany na godzinę 6:00. Wstałem więc około 4:30. Spakowałem cały swój minibiwak, przebrałem się (tutaj często szukam ubrań w  góry w dobrej cenie i jakości), przepakowałem po raz ostatni plecak biegowy, udało mi się jeszcze wypić kawę. Można było worek ze swoimi rzeczami oddać do przewiezienia na linię mety więc oddałem go w odpowiednie miejsce i wraz z innymi udałem się w kierunku metalowej rzeźby zbója Janosika – to właśnie tam miał miejsce start zawodów.

Poranek był chłodny ale pogodny. W nocy trochę popadał deszcz. Dzień zapowiadał się bardzo ładnie i organizatorzy przez to nie wymagali dodatkowego wyposażenia obowiązkowego (które różniło się zależnie od prognoz). W końcu przez 6:00 dokładnie 262 biegaczy ze wszystkich trzech dystansów zawodów stanęło przed startem. Janosik patrzył na nas i może nawet trochę się uśmiechał, bo pewnie przeczuwał co nas czeka!

Równo o 6:00 zagrzmiało: štart! Ruszyliśmy przez dmuchaną bramę, potem przez trawę by wybiec na asfalt – ten sam, który prowadzi do słynnej doliny Vratnej. Pierwsze trzy kilometry wszyscy biegliśmy razem, po asfalcie. To był moment na to, żeby się rozgrzać oraz żeby wszyscy się trochę „rozbiegli”. Po trzech kilometrach dłuższe dystanse skręcały drogą w prawo, my zaś udaliśmy się prosto niebieskim szlakiem na sedlo Prislop. Początkowo droga była stale pod górkę, ale biegło się dość przyjemnie, wyraźnie też się przerzedziło. Na sedlo dobrnąłem stosunkowo szybko, z niego jednak kontynuowaliśmy podejście przez Baraniarky (1270 m n.p.m.) na Kraviarske (1361 m n.p.m.). Przyznam się, że te kilka kilometrów było dla mnie najtrudniejszych na całej trasie! Po opadach deszczu, biegaczach i turystach szlak był całkowicie rozmoczony i błotnisty. Każdy krok do przodu wiązał się z ryzykiem padnięcia twarzą w błoto, i nie żebym miał coś przeciwko maseczkom błotnym – ale nie dało się po prostu normalnie iść do przodu. Przeklinałem się w duchu, że nie zabrałem na zawody kijków – na pewno by mi pomogły. I że źle dobrałem buty – wziąłem Columbię zamiast Hoki, bo nastawiałem się na techniczny bieg po skałkach. Było ekstremalnie ciężko i taki Runmageddon to mógłby ilości i lepkości błota pozazdrościć!

Partie szczytowe (Baraniarky, Žitné, Kraviarské) to z kolei wymagający, wąski single-track między wystającymi kamieniami. Piękny, ale nie pozwalający na utrzymaniu tempa. Był nawet moment gdzie należało asekurować się łańcuchami! Przyznam szczerze, że już po tym pierwszym odcinku czułem, że to będzie dłuższy bieg niż przypuszczałem i że te 33 kilometry mocno mnie przeorają. Po tych 8 kilometrach miałem ponad 850 metrów przewyższenia na zegarku.

Gdy dobiegłem do Sedla za Kraviarskym zmieniłem kolor szlaku na zielony – teraz czekał mnie zbieg do tzw. „Starej Doliny”. Trasa częściowo prowadził wzdłuż potoku i naszpikowana była wielkimi kamieniami – momentami biegło się świetnie, momentami kamienisty teren nie pozwalał na wiele. W końcu wybiegliśmy do Starej Doliny. Do pokonania została jeszcze wartka, górska rzeka – trzeba było zanurzyć stopy do około połowy łydki, żeby w kilku susach ją pokonać. Zaraz za nią mieścił się pierwszy punkt odżywczy. Zjadłem kawałek arbuza, pomarańczę i kromkę z nutellą, popiłem wszystko dwoma kubeczkami Kofoli (należało mieć własne kubeczki) i pobiegłem asfaltem w stronę doliny Vratnej.

Przede mną była najtrudniejsza część trasy – podejście zielonym szlakiem na Snilovské sedlo. Cieszyłem się, że jest jeszcze w miarę wcześnie i słońce zbyt mocno nie przygrzewa. Za Chatą Vratna skręciłem przez mostek i zaczęło się. Początkowo niepozornie, na spokojnie  by potem prowadzić zakosami, robiło sie coraz bardziej stromo. Podejście ma około 3 kilometry w różnica przewyższeń jaką trzeba pokonać to prawie 800 metrów, duża część trasy wiedzie pod kolejką linową (czyli na bezpośredniej ekspozycji na słońce). W końcu z radością minąłem górną stację kolejki i pobiegłem prosto do Chaty pod Chlebom, tam mieścił się drugi punkt odżywczy. Zjadłem praktycznie to samo co wcześniej, uzupełniłem bukłak z wodą (wiedziałem, że teraz czeka mnie dłuższy bieg bez kolejnych punktów). Od Snilovskeho sedla biegnie się do chaty tylko dlatego, że jest tam punkt odżywczy i trzeba „zaznaczyć swoją obecność” – po tym tą samą drogą wraca się w to samo miejsce. Domyślam się, że Chata pod Chlebom jest jedynym miejscem, gdzie można taki punkt bez większego problemu zorganizować.

Teraz czekała mnie najprzyjemniejsza część trasy – główny, czerwony szlak graniowy. Od Snilovskeho sedla w stronę Wielkiego Krywania jak zwykle było tłoczno – mnóstwo spacerujących, jednak od odejścia na szczyt zrobiło się zdecydowanie przyjemniej. Pobiegłem w stronę Pekelnika (1609 m n.p.m.) Szlak w większej części jest wąski ale biegnie się po nim komfortowo, gdzieniegdzie tylko wystają kamienie. Widoki jednak sprawiają, że wcale nie chce się szybko biec do mety. Jest przepięknie, z każdej strony rozpościerają się przewspaniałe widoki, każdy zakręt odkrywa nowe perspektywy. Pogoda jest OK, w okolicach szczytów biegniemy w „chmurach” i niewiele widać, jednak gdy tylko zbiegniemy trochę poniżej przed nami rozpościera się niesamowita przestrzeń. Może nie jestem obiektywny bo tak bardzo lubię Małą Fatrę, ale trudno było mi się nie zachwycić, nie zatrzymać, nie zrobić zdjęcia.

Ta część trasy jest zdecydowanie najbardziej widokowa i chociażby tylko dla niej warto było wziąć udział w zawodach! Dalej szlakiem kierujemy się na Mały Krywań (1671 m n.p.m.) a stamtąd na sedlo Priehyb. Tam czeka kilka osób z „nieoficjalnym punktem odżywczym” – poczęstowałem się czekoladą Studencką. To też miejsce gdzie opuszczamy czerwony kolor szlaku na rzecz ledwo widocznego – żółtego. Zaczynamy zbiegać w dół. Trasa jest wąska, początkowo wśród traw, potem wbiega bardziej w las. Tutaj już jest zdecydowanie mniej widokowo, można sobie jednak też na nieco więcej pozwolić. Mi biegnie się dobrze, ale pokonane przewyższenia czuję już w nogach. Mam nadzieję teraz na zbiegu trochę nadrobić. W pewnym miejscu zmieniam szlak z żółtego na zielony i po niedługim czasie wbiegam na ostatni punkt odżywczy – nieopodal schroniska pod Klačianskou Magurou. Przez ostatnie kilometry biegłem kilkadziesiąt metrów za trzema Słowakami i teraz na punkcie upatruje swoje szanse, żeby ich wyprzedzić. Do mety pozostało zaledwie sześć kilometrów. Wcinam więc szybko jakiś owoc, popijam i zabieram się za dalsze zbieganie zanim oni wyjdą z punktu.

Kolejne metry nie są przyjemne – duże, nieregularne kamienne bloki są ustawione na szlaku i bardziej utrudniają niż pomagają, potem droga prowadzi dość stromo w dół i trochę strach się dobrze rozpędzić. W końcu jednak znajduję się na łące, przebiegam przez nią, niewielki lasek i już widzę przed sobą zabudowania – wiem, że to już końcówka. Zamiast jednak trasy drogą asfaltową organizatorzy (w zasadzie dopiero od tego miejsca były jakiekolwiek oznaczenia szlaku) poprowadzili trasę przez ciągnące się pola (i jedno stado owiec). Dla głowy to był chyba najgorszy moment – było już tak blisko a nie było jeszcze widać końca. Ostatnie metry to zbieg asfaltem pod Dom Kultury w miejscowości Lipovec. Przebiegłem przez metę – zameldowałem się na 25 miejsce z czasem… 6:17 (limit był taki sam jak MF50 i wynosił 15 h). Ostatecznie zawody ukończyło na tym dystansie 62 zawodników.

To było najdłuższe 34,5 km jakie w życiu przebiegłem (tyle wyszło na zegarku). Przy okazji pokonałem 2300 metrów przewyższenia po bardzo trudnym, technicznym terenie. Byłem z siebie dumny. Na mecie czekał wybór różnych dóbr – ja wybrałem makaron z serem i oliwkami oraz lanego, bezalkoholowego Zlatého Bažanta. Atmosfera na mecie była rewelacyjna – świeciło słońce, było jedzenie, piknik, dużo trawy do rozłożenia się – można pomyśleć, że po prostu piknik! Do Terchovej był zorganizowany bus – który woził biegaczy.

Podsumowując punkty odżywcze – wszystkie były rewelacyjnie zaopatrzone (łącznie z metą), nie brakowało owoców (arbuzy, cytryny, pomarańcze, banany), chleba z nutellą lub masłem orzechowym, rodzynek, soli, napojów izotonicznych, Coca-Coli, Kofoli, wody, batoników i różnego rodzaju innych dóbr (dla dłuższych dystansów były również ciepłe posiłki). Jak na w sumie kameralną imprezę na mniej niż 300 zawodników – należą się wielkie brawa. Co więcej Organizatorzy ze Slovak Ultra Trail towary, które zostały po biegu przekazali dzieciom z ośrodka w Nitrze. Po prostu brawo!

Trasa biegu w zasadzie (oprócz końcówki) w ogóle nie była oznaczona – o czym była zresztą mowa w komunikatach przedstartowych. Każdy jednak otrzymał w biurze zawodów kartkę z kolorami szlaków i miejscami, gdzie należy skręcić – posługując się nią oraz wgranym w zegarek trackiem GPS nie można było się zgubić. O trudności zawodów niech świadczy fakt, że główny dystans ukończyło 68 zawodników z 117 startujących!

Bardzo tęskniłem za zawodami ale to nie to chyba nie determinuje mój stosunek do tych zawodów… a jestem zdania, że Malofatranská stovka to jedne z najpiękniejszych biegów górskich w jakich wziąłem udział w swoim życiu! Jak się okazuje wcale nie trzeba latać tysiące kilometrów od domu, by porządnie się zmęczyć i nacieszyć oczy niesamowitymi widokami – to wszystko jest w zasadzie tuż za rogiem, tuż za zakrętem. Ten bądź co bądź kameralny bieg ma niesamowity (może nawet jeszcze nie do końca odkryty) potencjał by stać się jednym z najlepszych biegów na Słowacji. Przepiękna trasa, świetnie zorganizowane zaplecze oraz (bogate) punkty odżywcze, koleżeńska atmosfera, uśmiechy wolontariuszy, to wszystko składa się w naprawdę wspaniałe wspomnienia. Mimo tego, że nie było łatwo to absolutnie było warto i wiem, że za rok na pewno spotkanie mnie w Terchovej – może na MF50.

Osobiście ogromnie się cieszę, że organizatorzy Slovak Ultra Trail zdecydowali się na krótszy (ale przepiękny i wymagający!) wariant trasy. Może i nie jest to „ultra” ale ta trasa też potrafi dać w kość a pozwala poznać piękno Małej Fatry również biegaczom, którzy jeszcze nie są gotowi na trasę 50+ (z 3780+).

Jeśli też chciałbyś/chciałabyś się wybrać – zapraszam do kontaktu, chętnie pomogę, doradzę, odpowiem na pytania 🙂

WYNIKI:

MF100 (112,4 km / 6,770 m):

  1. Jaroslav Vicher (CZE) 16:31,
  2. Libor Trtek (CZE) 16:58,
  3. Martin Blahušiak (SVK) 17:00

Oficjalna strona zawodów: www.mfstovka.eu

 

Translate »