Orobie Ultra Trail 2018 – relacja

Orobie Ultra Trail 2018 – relacja

Start we Włoszech nie był planowany, ale wygrana w konkursie „TestyOutdoorowe” skutecznie zmieniła grafik letnich startów. Tylko, że ja jeszcze nie biegłem tak długiego dystansu i takich przewyższeń… Dlatego też udział w biegu miałem traktować jako przygodę, bez walki na wynik czy miejsce. W ramach przygotowań super sprawdził się wyjazd z żoną na przełomie czerwca i lipca. Śnieżka-Zugspitze-Dolina Aosty, większość czasu spędzaliśmy na trekkingu, ale nie zabrakło też wycieczek biegowych czy biegania w upale, czego mogłem się spodziewać również pod koniec lipca. Przez dwa tygodnie w sumie wyszło 10000 m podejść i zejść, nogi czuły się dobrze, ale niestety start w maratonie oraz TriCity Trail nie wyszły do końca po mojej myśli. Zabrakło świeżości po 3 dniach spędzonych w aucie podczas powrotu do Gdańska. Zostały ostatnie 3 tygodnie oczekiwań…

Do Bergamo poleciałem już we wtorek, aby przystosować się lepiej do upałów. Rodzice z siostrą przylecieli w czwartek, żona niestety musiała zostać w Trójmieście. Kąpiel w jeziorze Como na dzień przed startem miała odświeżyć nogi. Im bliżej było startu tym większa była chęć biegu na dobry wynik, super byłoby złamać 30 godzin – myślałem, choć wiedziałem, że to bardzo ciężkie zadanie. Plan na start był prosty, nie zostać w tyłu, żeby nie stać w kolejce na pierwszym podejściu, ale również nie zagrzać się za mocno na pierwszych dwóch kilometrach. Ruszyliśmy razem z Marcinem, który również chciał ukończyć bieg w okolicach 30 h. Niestety nie udało się uniknąć ani korku na ścieżce, ani się nie zagrzać, gdyż słońce już mocno dawało o sobie znać. Na ok. 5 km udało się wyprzedzić kilku zawodników i zająć miejsce w stawce, tak aby iść swoim tempem. Na kolejnym podejściu oglądam się za siebie i nie widzę Marcina za sobą, cóż muszę pchać dalej ten wózek sam. Do pierwszego punktu wpadam już z opróżnionymi dwoma flaskami, na szczęście mam trzy. Po 20 km spada kilka kropli deszczu a temperatura staje się bardziej przyjemna na ponad 2000 m n.p.m.. Niestety dopadają mnie pierwsze skurcze, co skutkuje zwiększeniem dawki tabletek z solami. W drodze na punkt do Lizzoli widzę, że moje buty przegrały walkę z włoskimi skałami, na szczęście na przepaku czeka już na mnie kolejna para. Korzystając z potoków na trasie schładzam głowę oraz nogi. Ostatnie podejście przed zbiegiem do Valbondione, wysysa ze mnie sporo energii. Przed zbiegiem spotykam Marcina i wymieniamy uwagi, Marcin ma jeszcze lekkie podejście, ja już lecę w dół. Zbieg wyszedł super, dobiegam na przepak po niespełna 9 godzinach, plan mówił o 8, ale miało być 42 km a wyszło ponad 46 km więc się nie martwię. Zmiana butów, ciuchów, kompresy na łydki, makaron, telefon do żony,  że jest ok i po pół godziny spokoju wracam na trasę. Na początku asfalt, lekko w dół, potem podejście 1500 m w górę, które miało zweryfikować układ w stawce, byłem w okolicach 30 miejsca, wyprzedzało mnie 4-5 kobiet, czułem się dobrze więc bez zatrzymywania się parłem w górę. Na ostatnim punkcie przed schroniskiem Brunone zapalam czołówkę i widzę, że trasa jest mega oznaczona, widać odblaski do 300 m przede mną. Niestety na wysokości 1700-1800 m n.p.m. mocno zwalniam, szybki oddech nie daje szansy poruszania się w zakładanym tempie, marzenia o 30 h prysły momentalnie. 4 km zrobiłem w ok. 2,5 h. W schronisku chwila odpoczynku i dalej trawers ciężkiego terenu z licznymi linami ubezpieczającymi w skałach. Plan na noc był taki, że biegnę tylko po płaskim i tylko wtedy jak wiem, że jest bezpiecznie, ostatecznie przebiegłem może 15 min podczas całej nocy, zrobiłem mnóstwo przystanków i leciałem w klasyfikacji ostro w dół. Od schroniska w Calvi starałem się truchtać po płaskim i w dół, jednak na podejściach pełzłem jak ślimak i wyprzedzali mnie kolejni zawodnicy. Meta przesuwała się do 34-35 godzin. Za schroniskiem w Gemelli moim oczom ukazały się super widoki przy budzącym się słońcu. Wzrasta liczba turystów/kibiców którzy od godzin porannych wchodzą na przełęcz aby kibicować. Na kolejnym punkcie w Alpe Corte podczas zajadania makaronu wpada Marcin, który wygląda lepiej ode mnie i mówi że najgorsze ma za sobą. Dojadamy razem, uzupełniamy płyny i ruszamy razem najpierw lekko w dół a potem znowu się wspinamy. Na podejściu mówię, żeby Marcin cisnął dalej sam bo nie wyrabiam i nie chcę spowalniać, ale jeszcze podchodzimy razem, jednak nie trwa to zbyt długo i Marcin poleciał sam po swoje. Ja pomału gramoliłem się na kolejną przełęcz gdzie wisiało mnóstwo flag i transparentów. Wtedy też wyprzedził mnie pierwszy zawodnik z krótszej trasy – Gran Trail Orobie. Od schroniska w Capannie coraz częściej ustępuje miejsca szybszym zawodnikom. Do Zambli jeszcze prawie 10 km, słonce pali a ja jeszcze w długim rękawie. Rodzice już czekają na punkcie więc człapie ile mogę. Na drugim przepaku jestem po 27 godzinach, czuję że ‚kalafior’ na prawej stopie może mnie unieszkodliwić na dobre. Plan na przepak był prosty, prysznic, red bull masaż i drzemka. Fizjoterapeuta zakłada tejpy i idę spać. 90 min mija szybko, ale porządnie regeneruje. Jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę. Na podejściach dalej dramat, ale na płaskim i w dół zyskuję kilka pozycji. Do Selvinio biegnę z nadzieją na koniec jeszcze w sobotę. Zegarek niestety padł, a powerbank się wyczerpał. Po solidnej porcji makaronu z parmezanem i oliwą ruszam dalej, ale nawet asfaltowe podejście wydaję się jednym z kategorii superciężkich… Na następnym punkcie czołówka wraca na czoło i biegnę dalej, zaczyna się wypłaszczać, co umożliwia szybsze poruszanie się. Wyprzedzam sporo zawodników również z krótszego dystansu. od 130 km już tylko asfalt i wiem, że będzie dobrze, dzwonię do żony i rodziców że już blisko, że będzie upragniona meta.

Na starym mieście mnóstwo ludzi którzy dopingują każdego biegacza, nawet kelnerzy, czy kucharze oklaskują biegaczy. Wpadam na scenę trochę po północy, spiker prosi, żeby się przedstawić i już wiem, że to koniec najcięższego biegu w moim życiu.

Odebranie przepaków, koszulki finishera, pobiegowe fotki i można wracać do domu spać.

Plusy:

  • nie zszedłem z trasy i wytrwałem do końca
  • masaż i drzemka stawiają na nogi
  • super kibice
  • startujący Polacy i ich rodzina/znajomi, naprawdę extra atmosfera
  • okolica Bergamo

Minusy:

  • może czas w końcu zabrać się za bieganie z kijami?
  • temperatura, choć ta i tak była łaskawa drugiego dnia, bo w niedziele i poniedziałek to była już prawdziwa gorączka
  • Podsumowując: 62 miejsce open, 54 wśród panów i 36 w kategorii 31-60, drugi Polak
  • Bardzo dużo osób nie ukończyło biegu. Bardzo techniczna trasa.
  • Czy kiedyś wrócę spróbować jeszcze raz? Raczej nieprędko.

Autor: Piotr Rolbiecki

Translate »