PKO Silesia Marathon 2017 – relacja

PKO Silesia Marathon 2017 – relacja

Niedziela była dla mnie szczęśliwym dniem, po raz czwarty z rzędu brałem udział w PKO Silesia Marathon, zaś po raz drugi w ramach tej imprezy biegłem połowę królewskiego dystansu. Teraz, gdy już pozbierałem myśli chciałbym podzielić się z Wami moimi przemyśleniami i bardzo jeszcze świeżymi wspomnieniami!

PKO Silesia Marathon gości w moim sercu – to właśnie na tej śląskiej trasie po raz pierwszy pokonałem dystans maratoński (w 2014 roku). To trasa i bieg gdzie czuję się u siebie. Od urodzenia mieszkam na Śląsku trudno więc byłoby mi znaleźć bieg bliższy sercu. To też dlatego w tym roku miałem sposobność i zaszczyt reprezentować PKO Silesia Marathon jako jego ambasador (m.in. w Portugalii i we Włoszech).

Od kilku lat dzięki współpracy z Silesia City Center (największe centrum handlowe na Śląsku) biuro zawodów i start biegu mieści się właśnie tam. To świetna lokalizacja – doskonała komunikacja tak tramwajem jak i samochodem, ogromny parking, dużo miejsca i bardzo blisko do centrum Katowic jak i Parku Śląskiego w Chorzowie. Przy okazji rodziny biegaczy się nie nudzą – bo mogą pokrążyć po sklepach tej wielkiej galerii.

Po pakiet pojechałem już w sobotę, by w niedzielę nie musieć dodatkowo stresować się odbiorem numeru startowego (przy okazji korzystając z pięknej pogody udaliśmy się z rodziną do Górnośląskiego Muzeum Etnograficznego w Chorzowie gdzie spędziliśmy ok. 4 godzin). Nie było kolejki – szybkie sprawdzenie swojego numeru na ściance i odebranie pakietu zajęło kilka chwil. Pakiet, co tu dużo mówić, był bogaty: oprócz imiennego numeru można w nim było znaleźć plecak z logo PKO Silesia Marathonu, bardzo dobrej jakości koszulkę (Warsztat Koszulkowy), nieco ulotek i wazelinę! Na żadnym innym biegu nie dostałem wazeliny w pakiecie – to wspaniały w swojej prostocie pomysł!

W niedzielę pojechaliśmy wraz z całą rodziną na miejsce startu. Pierwsze co zrobiłem to pobiegłem do depozytu, którym były dwa tiry kilka metrów za metą. Ponieważ byłem tam w okolicach 10:00 (start biegu był zaplanowany na 10:30) pod tirami kotłowało się mnóstwo biegaczy i trudno było dojść do ładu co i jak – ostatecznie jednak mój depozyt otrzymał naklejkę z numerem i wylądował w samochodzie. Ja z kolei poszedłem pożegnać się z rodziną (do zobaczenia na mecie!) a potem skierowałem się na linię startu. Przed biegiem dało się wyczuć atmosferę wielkiego święta. Słychać było też, że impreza robi się coraz bardziej międzynarodowa – słyszałem chociażby sporą grupę Czechów. PKO Silesia Marathon to chyba też jedna z nielicznych imprez „kaj się loto” a nie biega i ma to swój niezaprzeczalny urok.

Ponieważ nie jestem w najwyższej formie powiedziałem sobie, że biegnę na spokojnie. Pierwszą połowę dystansu za balonikiem 1:50, potem jak będą siły postaram się przyspieszyć. Niestety przed startem widziałem tylko balonik na 1:40. Wystartowałem więc bez zająca i w zasadzie bez planu oprócz takiego, by dać radę.

Start biegu nastąpił minimalnie po czasie i ruszyliśmy najpierw w stronę centrum Katowic, tam czekało na nas Rondo Sztuki, nieśmiertelny Spodek, budynek NOSPR, centrum wystawiennicze – czyli aktualnie największe wizytówki miasta. Potem bieg w kierunku osiedla Paderewskiego i dalej przez Dolinę Trzech Stawów. Pierwsze dwa kilometry – powyżej 5 min/km. Myślałem sobie – w porządku, utrzymam tempo i będę zadowolony. Mijały jednak kolejne kilometry a ja zamiast wolniej biegłem coraz szybciej. Mimo ciepłego dnia (pogoda naprawdę w tym roku dopisała!), czułem się bardzo dobrze.

Punkty startowe były dobrze zaopatrzone a wolontariusze pomocni. Woda i izotonik, czekolada, banany, cukier – to produkty, których kosztowałem na trasie. Jedyna uwaga – ze względu na liczbę biegaczy punkty mogłyby być minimalnie dłuższe (ale to trochę czepianie się na siłę).

Ogromną pracę robiły punkty kibicowania (dziękuję!), mi najbardziej pomogli Night Runnersi bo właśnie na tamtym kilometrze i podbiegu pod centrum Siemianowic Śląskim przeżywałem kryzys ,ale głośne „Dajesz Szałas” postanowiło mnie na nogi i dodało sił!

Po pierwszych kilometrach zacząłem na nowo przypominać sobie trasę, po jakimś czasie wiedziałem już czego dalej będzie można się spodziewać. Trasa Silesia Półmaratonu (i maratonu) nie należy do najłatwiejszych – dużo jest podbiegów i zbiegów. Śląsk nie jest równy! Mimo tego trasa jest niezwykle malownicza, przewija się na niej stary Śląsk pełen familoków i brudnych uliczek z nowoczesnym wizerunkiem  regionu tętniącego życiem i wspaniałą zielenią, która dla ludzi spoza Śląska jest często zaskoczeniem.

Tak jak wspominałem, pierwszą połowę dystansu pokonałem za szybko i wiedziałem, że pewnie będę na koniec cierpiał. Tak było, przed Siemianowicami miałem pierwszy malutki kryzys. Potem – na cztery kilometry przed metą myślałem, że będzie trzeba zdecydowanie zwolnić. Ale gdy już byłem niemal pewien, że nie dam rady wbiegliśmy do Parku Śląskiego. Wiedziałem, że to już ostatni etap biegu i trzeba dać z siebie wszystko. Plusem było też to, że ta część trasy była odsłonięta od słońca przez drzewa. Nie było się co zastanawiać – 20 kilometr zrobiłem sporo poniżej założonego czasu (w jakieś 4:25min/km).

Ostatnie metry to była ekstaza i niesamowita przyjemność. Bieg przez tunel na odnowiony, pełen ludzi Stadion Śląski, bieg niemal całą bieżnią wokół stadionu to przeżycie, którego nie da się zapomnieć i najwspanialszy finish biegu ulicznego w moim życiu (do tej pory przodowała Tauron Arena w Łodzi, gdzie finishowałem dwukrotnie). Łzy cisnęły mi się do oczu gdy mijałem linię mety. U siebie, na stadionie Śląskim udało mi się pobić o niemal trzy minuty swój rekord życiowy na dystansie półmaratonu (wcześniejszy wynosił 1:44:39 i był ustanowiony niemal rok wcześniej – na 3. PZU Cracovia Półmaratonie Królewskim). Jak to się stało? Bez planu? Bez przygotowań? Nie mam pojęcia. To chyba po prostu była magia PKO Silesia Marathonu. I to po raz kolejny. Od 1 października mój PB to 1:41:46 i cieszę się z niego ogromnie!

Za metą trzeba było przejść kilka metrów by odebrać przepiękny (chyba jeden z ładniejszych w mojej kolekcji) medal. W tym roku kolorystyka medali była różna zależnie od przebiegniętego dystansu (w latach ubiegłych medale różniły się tylko kolorem wstążki). Po przejściu bardziej na zewnątrz stadionu można było się poczęstować wodą, Lechem Free, ciepłą herbatą i obłożoną, długą kanapką.

Ja nie stałem w jakiekolwiek kolejce więc trudno mi się wypowiedzieć – czytałem jednak w internecie opinie, że niektórzy biegacze musieli odstać swoje nawet po wodę, trochę szkoda. Jeśli chodzi zaś o posiłek po biegu uważam, że ta kanapka jest zdecydowanie lepszym pomysłem niż jedzenie na ciepło. Można sobie ją wziąć „na drogę” do domu. Każdy z chęcią ją zje, nie trzeba organizować specjalnego miejsca do jedzenia. Super. My moją mistrzowską kanapkę zjedliśmy w trójkę (razem z żoną i synem).

Jeśli chodzi o dojście do innych pomieszczeń – szukałem przez chwilę męskiej przebieralni ale niestety nie udało mi się do niej trafić. Człowiek ma ograniczoną percepcję po biegu a strzałki prowadzące do danych miejsc na Stadionie Śląskim niestety niewiele mi pomogły – nie wiem czy tylko ja miałem z tym problem? Ostatecznie przebrałem się już w ogólnodostępnej strefie dla kibiców już po tym, jak znalazłem swoją rodzinę.

Ponieważ 1 października był dniem otwartym Stadionu Śląskiego odbywał się tam festyn – były stoiska, foodtrucki i naprawdę sporo ludzi podziwiających ten monstrualny i przepiękny stadion. Nawet mój trzyletni syn wziął udział w biegu z przeszkodami organizowanym przez Fundację Iskierka.

Gdy już nieco odpocząłem udaliśmy się na przejażdzkę kolejką „eLką” – była za 5 złotych w jedną stronę w tym dniu (normalnie 15 złotych) – dzięki temu zainteresowanie było spore i swoje trzeba było odstać. Po tym wszystkim tramwajem podjechaliśmy z powrotem do Silesia City Center i udaliśmy się do domu.

Ogromne brawa należą się organizatorom za zorganizowanie imprezy na europejskim o ile nie światowym poziomie. Biegłem w wielu biegach w Polsce i zagranicą i uważam, że PKO Silesia Marathon w żadnej mierze nie odstaje od najlepszych imprez biegowych. Mogę chyba powiedzieć – że to taka nasza śląska biegowa perełka, a Stadion Śląski to nasza sportowa perła. Mam nadzieję, że przyszłoroczna – jubileuszowa (10-ta) edycja będzie co najmniej tak samo udana jak tegoroczna. Ten bieg to wspaniałe wspomnienie, wspaniała trasa, wspaniała meta i do tego moja nowa życiówka. Śląskie powietrze dodaje mocy!

Gratulacje też dla wszystkich uczestników! Jesteście niesamowici i kipicie pozytywną energią! To jest po prostu magia!

WYNIKI: http://sts-timing.pl/event/pko-silesia-marathon-2017/

Oficjalna strona biegu: www.silesiamarathon.pl

Zdjęcia: Archiwum własne + Oficjalna strona imprezy + Facebook Grupa Pietrzak

 

Translate »