Runmageddon Woodstock Rekrut 2017 – relacja

Runmageddon Woodstock Rekrut 2017 – relacja

Do tej pory w Runmageddonie brałem udział raz (Nocny Rekrut Silesia 2016). Szczerze mówiąc bieg mi się wtedy podobał, ale nie załapałem bakcyla. Znaczy inaczej – nie załapałem bakcyla Runmageddonu. Bo biegi z przeszkodami to dla mnie nie nowina – dwa razy biegłem Survival Race, raz Spartan Race, dwukrotnie Bieg Katorżnika. Czasami po prostu lubię się sprawdzić.

Gdy w pierwszej połowie roku dowiedziałem się, że Runmageddon zawita na Woodstocku wiedziałem, że muszę wziąć udział w tym wydarzeniu. Na przystanku Woodstock po raz pierwszy byłem w wieku 15 lat, czyli 14 lat temu! Można śmiało powiedzieć, że odcisnął on duże piętno na mojej młodości a myślę, że i całym życiu. W tym roku pojawiłem się w Kostrzynie po kilkuletniej przerwie (po Prodigy na kilka lat nie miałem ani możliwości ani chęci by znowu zawitać na woodstockowe pole). Gdy jednak z żoną (no dobra – to ona była prowodyrem), ustaliliśmy, że w tym roku jedziemy od razu wiedziałem, że Runmageddon musi być częścią tego wyjazdu. Dlaczego? Bo kto miałby wziąć udział w Runmageddonie na Woodstocku jak nie ja – biegacz od kilku lat a w duszy ciągle punkowiec z irokezem postawionym na cukrze.

Jak wspominam tegoroczną edycję? Szczerze mówiąc jeszcze nie byłem na Runmageddonie, który byłby idealnie zorganizowany, i ten też taki nie był. Ale po kolei. Biuro zawodów mieściło się na wzgórzu ASP, po lewej stronie. Namiot był przestronny, dobrze widoczny z daleka. Niestety dla wielu uczestników festiwalu nawet te najbardziej spektakularne runmageddonowe atrakcje były lekko na uboczu co sprawiało, że nie każdy orientował się, że gdzieś tam w okolicach pora odbywa się bieg z przeszkodami.

Odbiór pakietów startowych nie nastręczał jakichkolwiek problemów a jakiekolwiek wątpliwości były zawsze wyjaśniane na korzyść biegaczy – i za tak profesjonalne podejście na pewno należy się spory plus dla organizatorów! W pakiecie startowym Rekruta (6 km i 30 przeszkód) znajdowała się między innymi markowa koszulka (bardzo ładna – szkoda tylko, że nie Woodstockowa) i kilka innych rzeczy. Szczerze, pakiet był w porządku, choć pewnie można było postarać się nieco bardziej.

Dla mnie małym minusem był fakt, że 3 i 4 sierpnia (w pierwszych dniach festiwalu) odbywały się biegi na dystansie Intro (3 km i 15 przeszkód) – to taki pierwszy level wtajemniczenia, który spokojnie może przebiec każda zdrowa i pełnosprawna osoba a trudniejszy dystans Rekruta został na ostatni dzień. Zdecydowanie wolałbym wziąć udział w biegu w pierwszy dzień a potem przez kolejne dwa dni bawić się na festiwalu niż w ostatni dzień, nieco zmęczony przystępować do biegu. Może w przyszłym roku o ile ta edycja się odbędzie można byłoby zastanowić się nad taką zmianą bo wydaje mi się, że nie byłem jedynym, który nie miał lekko już na starcie.

Nie można narzekać na strefę startu, która była umiejscowiona zaraz obok głównej sceny! Lepszego miejsca na festiwalu nie można sobie wyobrazić. Niestety ze względów bezpieczeństwa godziny startów były zmieniane. To jeszcze nie tragedia, szkoda, że działo się to dwa razy wprowadzając nieco dezinformacji (najpierw dowiedziałem się o zmianie z newslettera i w biurze zawodów a na pół godziny przed startem już w okolicy strefy startowej). Przez to wielu biegaczy musiało po prostu czekać na swoją kolej. Wiem, że niektórzy kibice również byli przez to zdezorientowani chcąc kibicować swoim znajomym i przyjaciołom.

Sama rozgrzewka była bardzo przyjemna, start spod sceny zapadł mi w pamięć ale także trasa, początek obok strefy z kolejką do pryszniców, pierwsze przeszkody a potem bieg wśród namiotów. Ogromnie dziękuję przesympatycznym ludziom którzy zawodników częstowali wodą, kabanosami i innymi pysznościami. Byliście wspaniali i pokazaliście Woodstockowego ducha! Biegnąc wśród namiotów co jakiś czas ktoś dopingował, krzyczał. Trasa była dobrze oznaczona i ani razu nie zdarzyło mi się zastanowić gdzie biec dalej. Niestety pierwsza część trasy nie należała do spektakularnych, uroku nadawały jej głównie namioty oraz zapach niezbyt świeżego Toi-Toia, który jednak nie jest nowością dla nikogo, kto kiedykolwiek był na dużym festiwalu muzycznym. Wszystkie najbardziej spektakularne przeszkody zostawiono na sam koniec. Nie uważam tego jednak za minus i rozumiem organizatorów za to, że w ten sposób zaprojektowali trasę. Po prostu te najlepsze przeszkody były też przeznaczone dla biegaczy Intro, dlatego musiały być względnie blisko siebie – proste. No i tak, po przebiegnięciu ok połowy trasy ciekawie zaczęło być przed przeszkodą lodową, która naprawdę mroziła to i owo! Niedaleko za nią czekała najdłuższa zjeżdzalnia w całej historii Runmageddonu. Jechało się naprawdę szybko a kibiców było co-nie-miara. Mimo jednak, że osoba „puszczająca” kolejnych biegaczy upominała, że uwaga na głowę, oczywiście jak uderzyłem potylicą w ziemię to aż zobaczyłem gwiazdki przed oczami. Była to jednak moim zdaniem najlepsza przeszkoda tej edycji! Trochę dalej czekały jeszcze inne atrakcje. Osobiście nie będę dobrze wspominał Porodówki w bagnie, ale to głównie dlatego, że za mocno „zaryłem o glebę” i rozwaliłem sobie nos (który jeszcze długo po Woodstocku przypominał mi o doskonałej zabawie w trakcie biegu). Szkoda, że mimo umieszczenia ich w TOP10 zabrakło kilku przeszkód, które były tam opisane. Były to np.: Małpi Gaj, czy Równoważnia. Niby nic się nie stało bo przeszkód i tak było dość, ale jednak byłem nastawiony, że spadnę (jak zawsze) z Równoważni i zapracuję tym samym na karne burpeesy.

Końcówka biegu była naprawdę mocna. Przeszkoda za przeszkodą aż w końcu wybiegnięcie i za zakrętem ukazała się meta. Szczerze? Była to dla mnie bardzo szybka edycja Runmageddonu. Całość zajęła mi 56 minut i 49 sekund. Na mecie czekała bandana finishera (też szkoda, że bez żadnego Woodstockowego akcentu), tradycyjny medal i piwo bezalkoholowe. Radość na mecie – była. Czyli bieg był udany, a to najważniejsze!

Osoby, które przyjechały na Przystanek Woodstock wyłącznie na bieg na pewno mogły mieć problemy z parkingami, brudnymi toaletami czy kolejkami do pryszniców – ale sądzę, że każdy powinien był się z tym liczyć przy zapisach i nie można mieć o to jakichkolwiek pretensji dla organizatorów, tak Runmageddonu jak i Najpiękniejszego Festiwalu na Świecie.

Mimo kilku niedociągnięć (przekładane godziny startów, brak niektórych zapowiadanych przeszkód) to uważam, że jak na warunki Przystanku Woodstock ekipa Runmageddonu zrobiła i tak naprawdę mega robotę! Myślę, że pokazywanie się na takich imprezach sprawi, że o biegach OCR dowie się jeszcze więcej osób i staną się one jeszcze bardziej popularne! Szkoda, że nikt nie pomyślał by dodać jakiś Woodstockowy akcent (na koszulce albo bandanie) byłaby to wyjątkowa pamiątka dla każdego, kto ukończył ten bieg. Trasa była na pewno mniej wymagająca niż Nocny Rekrut w Zabrzu, który biegłem w zeszłym roku, dała jednak sporo satysfakcji. Przeszkody takie jak zjeżdzalnia i sam klimat biegu w takim miejscu to coś, co będę jeszcze długo wspominał!

Dziękuję ekipie Runmageddonu za udany start!

Zdjęcia: Runmageddon

Translate »