Silesia Marathon 2014 – relacja debiutanta

Silesia Marathon 2014 – relacja debiutanta

Przebiegnięty dystans jeszcze wyraźnie czuję w nogach. Ale to nie dlatego trudno zabrać mi się za napisanie relacji z Silesia Marathon 2014. Po prostu tyle świeżych niezapomnianych emocji mam jeszcze w głowie, że trudno mi to wszystko poskładać ze sobą i opisać. Jak część z Was pewnie wie był to mój maratoński debiut – coś, co pamięta się całe życie. Pamiętam, że gdy pierwszy raz brałem udział w zawodach (21 Bieg Fiata w Bielsku-Białej na 10km) pół nocy nie spałem, bo bałem się jak będzie i czy dam radę. Także pierwszy półmaraton, choć jeśli chodzi o czas to nie do końca udany, utkwił mi głęboko w pamięci (II Tyski Półmaraton), wystarczy, że powiem że po powrocie do domu niemal od razu zasnąłem na jakieś cztery godziny – tak dał mi w kość. Dlatego też do próby maratońskiej, po ponad dwuletniej biegowej przygodzie (Silesia była moim 25 startem w zawodach) starałem się podejść z jednej stronie na luzie, ale z drugiej chciałem też jak najlepiej się do niej przygotować. Oczywiście nie czaruję się, plan treningowy do maratonu nie został w pełni spożytkowany tak jak powinien – kilka treningów odpadło, kilka trzeba było skrócić, w międzyczasie jeszcze choroba, która wyłączyła mnie z biegania na ponad dwa tygodnie. Tak bywa. Z drugiej jednak strony starałem się jak najlepiej przygotować pod względem merytorycznym – tak, by jak najmniej rzeczy mogło mnie zaskoczyć na trasie. Dlatego ogólnie uważam, że nie byłem najgorzej przygotowany. Ostatni mój bieg miał miejsce dokładnie tydzień przed maratonem – w Mikołowie na 10km, potem już tylko dwa razy byłem na marszobiegach z żoną. Najważniejszym czynnikiem, który w ogóle skłonił mnie do tego by wystartować była ciekawość. Co takiego wyjątkowego jest akurat w dystansie 42.195km co elektryzuje co roku miliony ludzi na całym świecie? Dlaczego słowo „maratończyk” brzmi tak dumnie? I jak to jest przebiec taki dystans (do momentu startu moim najdłuższym wybieganiem było 31km).  Szczerze – teraz mogę już sobie spokojnie odpowiedzieć na te wszystkie pytania. Dlaczego na swój debiut wybrałem akurat Silesia Marathon? Pierwotnie chciałem wystartować już na wiosnę w Cracovia Marathon, jednak termin bliski był przyjścia na świat mojego syna. Wiadomo, że są na świecie rzeczy dużo ważniejsze od maratonu. Dlatego też pierwszy start odłożyłem na jesień. Mało tego jakoś tak raźniej startuje mi się „na własnych śmieciach”. Jestem ze śląska, do Katowic mam około 30km i ogromny sentyment do całej aglomeracji, stąd trudno byłoby mi wyobrazić sobie lepsze miejsce na ten wymarzony „pierwszy raz”.

 W sobotę rano pojawiłem się na terenie Silesia City Center po odbiór pakietu startowego. Akurat w tamtym czasie trwał także odbiór numerów startowych na mini maraton na dystansie 4.2km. Widziałem bardzo fajne żółte koszulki radia RMF FM ze słuchawkami. Ja jednak skupiłem się na odbiorze swojego pakietu. Przede mną w kolejce były jakieś cztery osoby, wszystko poszło bardzo sprawnie (czekałem może 10min). Muszę powiedzieć, że pakiet startowy miło mnie zaskoczył, oprócz numeru startowego z chipem, kodu rabatowego i kilku ulotek znalazły się w nim: bezrękawnik PZU z odblaskami (naprawdę fajna sprawa jak ktoś biega nocą – szczególnie przydatna podczas jesieni i zimy – jedną już taką posiadam po wizycie na 10K RUN w Łodzi), opaska z frotte także od PZU, specjalna chusta typu Buff przygotowana specjalnie na Silesia Marathon oraz koszulka. Niestety z tą ostatnią nie trafiłem. Mam 160cm wzrostu i zwykle noszę eSkę, taką też wybrałem podczas zapisów. Niestety okazało się, że jest przykrótka i raczej będzie dla mnie tylko pamiątką, bo bieganie w niej nie będzie zbyt wygodne (może ktoś z Was miał podobnie?). Trudno – mój błąd. Po odbiorze pakietu od razu pojechałem do domu, żeby odpocząć. To była jedna z nielicznych sobót podczas których praktycznie nic nie robiłem tylko odpoczywałem. Chciałem być wypoczęty i dobrze przygotowany. Mało tego, moja żona przez cały tydzień przed maratonem musiała cierpieć i znosić to, że chodzę wcześniej spać (około 23), oraz że chcę jeść obiady z makaronem – starała mi się nawet je urozmaicać i bardzo jej za to dziękuję! Dzień przed maratonem spałem już o 21. W niedzielę 5 października budzik obudził mnie o 4.50 rano. Wyszedłem z psem na krótki spacer, ubrałem we wcześniej przygotowane ubrania i poszedłem na pociąg do Katowic. Jadąc pociągiem zjadłem bułkę z dżemem figowym. Kilkanaście minut po 7 rano byłem na terenie Silesia City Center. Było dość chłodno a otaczająca mgła robiła piorunujące wrażenie. Muszę powiedzieć, że ogólnie wybór centrum handlowego na start i metę biegu uważam za nad wyraz udany. Przede wszystkim w razie niepogody nie byłoby problemu ze schronieniem się. Ponadto całe zaplecze było na miejscu – organizatorzy bardzo przemyślanie rozmieścili wszystkie ważniejsze punkty. Nie bez znaczenia było także to, że jeśli ktoś na maraton jechał z rodziną to ta nie musiała się nudzić w trakcie, tylko mogła iść na „shopping”, kawę czy lody – całe zaplecze Silesia City Center czekało na nich. Kolejnym plusem był fakt, że centrum handlowe posiada ogromny parking – dzięki temu każdy uczestnik nie musiał myśleć gdzie postawić samochód, oraz, że bardzo łatwo do niego dojechać (mieści się przy głównej trasie na Chorzów) – nawet jeśli ktoś wcześniej nigdy nie był w Katowicach, to oglądając przed wyjazdem mapę na pewno trafił na miejsce bez trudu. Ktoś może twierdzić, że to nie miejsce na organizację biegu, ale byłem też np. w centrum handlowym Europa Centralna w Gliwicach dwukrotnie na biegu i uważam, że wszystko było naprawdę super. Podobnie jak miało to miejsce przy okazji Silesii.

Po przyjeździe swoje kroki skierowałem obowiązkowo do toalety. Po tym udałem się na poszukiwanie szatni i depozytu, które mieściły się na parkingu podziemnym (tam było chłodniej niż na zewnątrz). Jeśli chodzi o szatnie to może nie były najwyższych lotów- choć ważne, że w ogóle były! (rano w namiotach, które były szatniami było ciemno), ale dało się przebrać. Nie zapomniałem o tym co wyczytałem przed maratonem w sieci – newralgiczne miejsca posmarowałem wazeliną, sutki okleiłem plastrami. Po tych zabiegach oddałem plecak do depozytu (był bardzo dobrze zorganizowany). Potem zrobiłem sobie jeszcze kółeczko w okolicach startu – spotkałem znajomego, który brał udział w półmaratonie. Pogadaliśmy chwilę, po czym powoli udałem się na linię startu zahaczając o ToiToia. Przed startem była poprowadzona wspólna rozgrzewka (niemniej większość biegaczy nie brała w niej udziału rozgrzewając się samodzielnie lub też po prostu czekając na jej koniec – zrobiłem podobnie). Po obowiązkowych przemówieniach władz miasta i głównego sponsora wszyscy zaczęli ustawiać się w sferze przedstartowej. Wtedy właśnie udało mi się spotkać jeszcze Pawła z bloga HeavyRunsLight oraz Krzyśka z Biegam Gdzie Chcę. Oni mieli inne cele biegowe niż ja w swoim debiucie stąd po krótkiej rozmowie życzyliśmy sobie wzajemnie powodzenia i ustawiliśmy się w innych miejscach. Przyszli pacemakerzy. Do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy ustawić się za balonikiem 4:15 i spróbować, czy całkiem na luzie pobiec na 4:30. Jak zwykle w moim wypadku ambicja zwyciężyła, stanąłem za pierwszym z nich. Jeszcze przed startem mówiłem sobie w duchu „na spokojnie, jesteś przygotowany, dasz radę…” Przeszliśmy na linię startu i zaczęło się.

Trasa maratonu nie należała do łatwych, kilka podbiegów naprawdę mogło dać w kość. Ja szczególnie zapamiętałem podbieg pod wiadukt oraz ten podbieg w okolicach 40 kilometra – zauważyłem że bardzo wielu biegaczy przechodziło tam w chód lub przystawało na kilka sekund. Trasa była poprowadzona naprawdę piękną trasą przez Katowice, Siemianowice Śląskie i Mysłowice. Oprócz tego, że biegliśmy obok Spodka (w sumie dwa razy) zapamiętałem, że w Siemianowicach Śląskich bardzo spodobał mi się kościół oraz grupa kibicowska w okolicach ronda. Mimo, że od urodzenia mieszkam na Śląsku nigdy nie miałem okazji być na Nikiszowcu, który tak swoją zabudową, jak i klimatem a przede wszystkim rewelacyjnym dopingiem był chyba najwspanialszym miejscem podczas biegu! Tego klimatu na pewno bardzo długo nie zapomnę! Do tej dzielnicy Katowic na pewno jeszcze wrócę – najpewniej z rodziną, gdyż robi oszałamiające wrażenie. Także bieg w okolicach Trzech Stawów i Muchowca bardzo przypadł mi do gustu, szeroka droga, ładne widoki, samoloty nad głową i znowu – rewelacyjna grupa kibiców, która dodawała otuchy! Pierwsze 30km trzymałem się zaraz „za balonikiem” (który do samej mety szedł idealnie z czasem. W ogóle uznanie dla pacemakerów, którzy byli niezwykle punktualni!), po tym dystansie jakoś za punktem odżywczym trochę wystrzeliłem, szczerze mówiąc czekając na tę osławioną „ścianę” . Minąłem 32 kilometry ciągle w podobnym tempie, ale już przed balonikiem – cały czas czułem się bardzo dobrze i gdy już myślałem, że do końca pokonam trasę bez problemów na 36 kilometrze mnie dopadło. Chyba nie była do ściana, a po prostu fakt, że mój żołądek nie był przyzwyczajony do strawienia trzech żeli energetycznych (jadłem po jednym na 10, 20 i 30 km). Po prostu zaczął mnie bardzo boleć brzuch. Szczerze, przez moment myślałem że już po wszystkim i będę musiał zejść albo jakoś doczłapać się na linię mety. Znajdując dogodny krzaczek przystanąłem na chwilę, wysikałem się i powolutku ruszyłem dalej (czas tego niefortunnego kilometra to 7:04min/km), kryzys trwał jeszcze około dwa kilometry. Potem było już zdecydowanie lepiej. Na kolejnych punktach odżywczych nie jadłem już nic zadowalając się tylko wodą – uznałem, że nie chcę ryzykować dalszego bólu a do mety już coraz bliżej. Wbiegliśmy w okolicę osiedla Paderewskiego a kawałek dalej czekał na nas właśnie ten podbieg o którym wspominałem. Było ciężko, ale uznałem, że jak przestanę nawet powoli biec, to już z powrotem nie zacznę. Jakoś w sobie to przemogłem i dałem radę. Ostatnie dwa kilometry to już czysta przyjemność. Bez kalkulacji uznałem, że jeszcze trochę sił mi zostało i ruszam, bo meta gdzieś tam już majaczy w oddali. 42 kilometr pokonałem w 5:09min/km. Ostatecznie na metę wbiegłem z czasem brutto 4:13:13! Jak na mój debiut i pierwsze pokonanie tak długiego dystansu uważam, że jest to świetny wynik i naprawdę niesamowicie się z niego cieszę, zapadnie mi w pamięć chyba do końca życia. Na ostatnich kilometrach duże znaczenie mieli także kibice, którzy dodawali otuchy krzycząc, że już blisko i że na pewno damy radę. Na ostatnich metrach usłyszałem jeszcze „Szałas, dajesz!”, kolegi z pracy, co dało mi siły na te ostatnie metry. Za metą czekały medale (ładne, m.in ze Spodkiem i pomnikiem Powstań Śląskich – co dobrze wpisuje się w klimat Śląska), picie (woda lub izotonik) oraz pakiet regeneracyjny. Jeśli chodzi o pakiet to jeżeli o mnie chodzi to nie był zbyt trafiony (obłożona bułka, Prince Polo i jabłko), ale nie narzekam – komuś mogło smakować, osobiście wolałem skorzystać z gastronomii w Silesia City Center. Zapomniałbym jeszcze powiedzieć, że organizatorzy całego zamieszania mają „wtyki” gdzieś bardzo wysoko – nawet pogoda była chyba zamówiona. Nie padało, na początku było dość chłodno, pod koniec trochę przygrzewało słońce, ale było bardzo, bardzo przyjemnie. Nie zapomniałem wygrawerować swojego wyniku na medalu (20zł za grawer to trochę dużo, ale chciałem mieć pamiątkę z debiutu). Przebrałem się (widziałem, że można było także skorzystać z masażu) i z ogromnym uśmiechem i ciężkimi nogami udałem się w stronę przystanku tramwajowego po drodze oglądając jeszcze kilka stoisk i symulator dachowania. Ot, krótka historia o tym jak można zostać „maratończykiem”, choć na razie to powiedziane nieco na wyrost. Zapomniałem jeszcze powiedzieć, że punkty odżywcze były zlokalizowane co 5km (a także na 37,5km), wolontariusze byli bardzo pomocni i uśmiechnięci, do dyspozycji była woda, izotonik a także banany, rodzynki czy czekolada. Prócz zorganizowanego dopingu trzeba powiedzieć, że wiele osób zagrzewało nas do biegu z okien swoich domów wzdłuż trasy lub po prostu z chodnika czy przystanku – to także dodawało ogromnej mocy!

Nie zapomnę by w kilku słowach napisać jeszcze w czym biegłem (w końcu jak testy to testy!): buty – oczywiście NIKE, skarpety – Compressport, koszulka – Adidas, spodenki – Nessi, bielizna – Brubeck, kieszonka Banjees i żele Squeezy. Cały zestaw sprawował się wzorowo (no może oprócz żeli – ale nie mogę do końca być pewnym czy to była właśnie ich wina).

Ze swojej strony jestem zachwycony, że wybrałem akurat Silesia Marathon na swój debiut, cieszę się z osiągniętego wyniku a jeszcze bardziej z biegowego śląskiego święta w którym miałem przyjemność uczestniczyć! Wymagająca trasa, maratoński debiut, wspaniała pogoda, doskonała organizacja, piękne miejsca i niezapomniane chwile – to wszystko i wiele więcej dał mi Silesia Marathon. Nie chcę pisać o jakiś drobnych niedociągnięciach bo nie mają one dla mnie większego znaczenia – było po prostu świetnie.

Ogromnie gratuluję zwycięzcom i wszystkim biegaczom, którym udało się ukończyć bieg. Z całego serca dziękuję organizatorom, służbom, wolontariuszom i wszystkim zaangażowanym w organizację, a także kibicom (tym zorganizowanym i nie) i wszystkim biegaczom, którym udało się stworzyć niepowtarzalny klimat! Na pewno jeszcze nie raz i nie dwa spróbuję swoich sił na królewskim dystansie 🙂

  • Karol

    Świetna relacja !! Bardzo dobrze się ją czyta, widać, że jest napisana od serca 🙂 ja w tym roku też startowałem na SIlesia Marathon ale w półmaratonie i był to mój drugi półmaraton a pierwszy do którego się dobrze przygotowałem 🙂 Euforia mnie trzyma do teraz i jak dobrze pójdzie to za rok będę pisał podobny tekst do Twojego 🙂 gratulacje i pozdrawiam 🙂

    • Piotr Szałaśny

      Bardzo się cieszę, że się podobała! Ja swój pierwszy półmaraton też zawaliłem (euforia mnie rozniosła i za szybko zacząłem) ale potem z każdym kolejnym już było coraz lepiej. W takim razie mam nadzieję, że za rok w Silesii wystartujemy razem – na pewno będę chciał wziąć udział 🙂

Translate »