Spartan Race Sprint Kraków 2017 – relacja

Spartan Race Sprint Kraków 2017 – relacja

Decyzja o tym, by spróbować swoich sił w osławionym Spartan Race`ie zapadła już jakiś czas temu. Jeśli chodzi o biegi przeszkodowe to na pewno nie zaliczam się do grona elity. Nie jestem jednak też całkowitym żółtodziobem. Brałem udział w dwóch edycjach Biegu Katorżnika (w zeszłym roku wywalczyłem srebrną podkowę), dwa razy startowałem na najdłuższym dystansie w Survival Race (za pierwszym razem drużynowo zdobyliśmy pierwsze miejsce na dystansie Warrior), przebiegłem Nocny Runmageddon Rekrut. Czegoś jednak dalej w tej układance brakowało. O ile w Polsce niepodzielnym hegemonem jest Runmageddon, to już chociażby u naszych sąsiadów (w Czechach i na Słowacji) taką samą rolę pełni Spartan Race. Nic więc dziwnego, że oglądając świetne zdjęcia czeskich i słowackich znajomych też chciałem spróbować. Bezpiecznie i spokojnie – na krótkim dystansie 5 km.

Wchodząc na stronę Spartan Race od razu można zauważyć, że ten cykl biegów jest międzynarodowy. Jeśli chcemy możemy swobodnie wybierać między różnymi ciekawymi lokalizacjami (można połączyć bieg z urlopem lub zwiedzaniem). To na pewno spory atut. Niestety „międzynarodowość” cyklu ma także złe strony – ceny biegów są dość wygórowane, głównie dlatego, że są przeliczane z euro. I tak przykładowo za taki krakowski sprint trzeba zapłacić prawie 200 zł. Za tę cenę można mieć naprawdę porządny ultramaraton, albo parę nowych butów do biegania. Z drugiej strony korzystając z wcześniejszych zapisów, dostępnych rabatów można trochę oszczędzić (tak, że wyjdzie prawie  porównywalnie z polską serią Runmageddon). Trzy podstawowe dystanse, które oferuje nam Spartan Race to Sprint (5 km + 20 przeszkód), Super (13 km + 24 przeszkody) oraz Beast (20 km + 30 przeszkód). Jest więc  w czym wybierać i dla każdego znajdzie się odpowiedni bieg. Dla chętnych – można zebrać tzw. „Trifectę” zaliczając w danym roku wszystkie trzy dystanse. Myślę, że jest to celem dużej części Spartan startujących w biegu! Jednak – nie w każdej lokalizacji odbywają się wszystkie dystanse. Np. w Krakowie rozgrywał się tylko Sprint.

Do Krakowa jechałem ze świadomością, że przyjdzie mi zmierzyć się z ogromną ilością błota. Kilka dni przed biegiem soczyście padało w mojej okolicy. Rano wyprowadziłem psa, spakowałem się do auta i ruszyłem o 7 rano w trasę (do Krk mam ok. 100 km w jedną stronę). Bez korków i jakichkolwiek problemów dojechałem w okolice krakowskiego Cichego Kącika. Tam na parkingu zostawiłem samochód (wolałem przejść się kilka minut niż płacić 16 zł / 4 euro za parking). Zabrałem plecak i ruszyłem do biura zawodów, które było zlokalizowane nieopodal stadionu przy Reymonta. Mijałem sporo ToiToiów i trafiłem w końcu na miejsce. Był ranek, jeszcze dość chłodno, ale biegaczy było już sporo i co najważniejsze – wszyscy byli w doskonałych nastrojach. Odbiór numeru startowego był bardzo sprawny. Dzięki temu, że stoiska były podzielone numerami tworzyły się jedynie kilkuosobowe kolejki. Pokazałem dowód osobisty i odebrałem… kopertę, w niej znajdowały się trzy opaski (na koszulkę, medal i piwo bezalkoholowe) oraz opaska z numerem BIB. Poszedłem do męskiego namiotu i się przebrałem. Nauczony doświadczeniem z Biegu Katorżnika nie wziąłem „galowego” stroju biegowego ale raczej zestaw, którego po prostu nie będzie mi szkoda. Wyjątek stanowiły buty – wybrałem Kalenji XT6, głównie ze względu na spodziewane błoto na trasie. Na prawą rękę pozapinałem sobie opaski z pakietu startowego, a na głowę nałożyłem opaskę z numerem. Poszedłem oddać plecak do depozytu. Okazało się, że on również jest płatny (5 zł). Nie chcę nic mówić ale wydaje mi się, że płacąc prawie 200 zł za bieg można spodziewać się, że zwykły depozyt plecaka będzie już w cenie. Dobrze, że organizator nie każe jeszcze płacić dodatkowo za korzystanie z ToiToia. Akurat te dodatkowe opłaty to moim zdaniem przesada, ale widocznie taka jest polityka firmy organizującej zawody. Cóż poradzić, trzeba albo się dostosować, albo nie brać udziału. Ostatecznie odniosłem swój plecak do samochodu, bo nie chciało mi się czekać w kolejce do kasy.

Następnie ruszyłem do miasteczka zawodów. Na dużej scenie konferansjer zabawiał biegaczy w przerwach pomiędzy rozgrzewkami kolejnych fal. Idąc wokół miasteczka można było zjeść grillowaną kiełbaskę czy kurczaka, zobaczyć jak finiszują pierwsi zawodnicy z elity, kupić gadżety Spartan Race (były dwa stoiska – jedno markowe z Reeboka, a drugie po prostu z gadżetami z biegu), zrobić sobie zdjęcie na ściance ze swoją grupą, zobaczyć z bliska kilka efektownych przeszkód (np. wspinaczka po linie) czy obserwować starty kolejnych fal. Ja jednak (ponieważ bardzo wcześnie wstałem) najbardziej na świecie pragnąłem napić się po prostu kawy… której nigdzie nie było. Wróć, miała być. W największym namiocie o godzinie 9:45 dopiero się rozkładano i nie było możliwości nabycia ciepłego napoju. Przyznam, że dość mocno się zawiodłem, szczególnie, że w sobotni poranek w okolicach krakowskich błoń trudno znaleźć miejsce, gdzie kawę można byłoby kupić. Ostatecznie musiałem zadowolić się butelką wody mineralnej, którą przywiozłem z domu.

Kilkanaście minut przed startem mojej fali (10:45) rozpoczęła się krótka rozgrzewka (nie było to nic strasznego). Po tym wszyscy stanęli na linii startu i punktualnie wystartowaliśmy. Na plus na pewno należy zaliczyć to, że konferansjer bardzo dbał o to, by każdy bieg startował dokładnie wtedy, kiedy miał. Nie było jakichkolwiek poślizgów w tej materii. Ruszyliśmy. Na początku jak zwykle bywa, było dość tłoczno. Spory kawałek bo błoniach. Pierwsza przeszkoda – opony – żaden problem. Nieco dalej ścianki do przeskoczenia i biegniemy dalej, zbiegamy z wału i biegniemy pod mostem, wzdłuż Rudawy. Pierwsza, dość długa część Spartan Race Sprint to głównie bieg. I bardzo dobrze. Wzdłuż rzeki czekają nas przeszkody terenowe (te, które lubię najbardziej)! Wszystkie w zasadzie opierały się na przejściu przez błoto/rzekę. Prąd był dość mocny, szczególnie na przeprawie zabezpieczonej linami, gdzie było naprawdę głęboko (mam 160 cm wzrostu i mnie „kryło”). Widziałem jednak, że organizator pomyślał o wszystkim i pod mostem, nieco poniżej przeprawy czekały dwa kajaki do ew. wyławiania tych porwanych przez prąd rzeki. Po wybiegnięciu z powrotem na błonia mieliśmy pewnie (nie miałem zegarka z GPS więc piszę to „na oko”) z pół dystansu już w nogach. Teraz jednak dopiero zaczął się festiwal przeszkód. Najpierw przejście po belce. I od razu bach. Pełne błota po przeprawie przez rzekę podeszwy butów sprawiły, że poślizgnąłem się chyba już przy trzecim kroku. Sędzia przy przeszkodzie od razu powiedział, że nie ma powtórek. Także 30 pierwszych burpees zaliczone. Biegłem dalej. Kolejne przeszkody (teraz pojawiały się zdecydowanie częściej) pokonywałem bez trudu. W międzyczasie można było napić się wody na punkcie odżywczym. W końcu trafiłem na rzut włócznią, która po moim rzucie odbiła się od celu. No i kolejne burpeesy. Zrobiłem, biegłem dalej. W końcu trafiłem na zasieki. I wiecie co? To były najniższe zasieki, jakie spotkałem podczas biegów przeszkodowych (na pewno Runmageddon i Survival Race stawiają je nieco wyżej). Jednak taka przeszkoda to nie koniec świata. W końcu do wysokich nie należę. Spokojnie pokonywałem kolejne przeszkody, aż trafiłem na długi spacer z ciężkim workiem. Przy okazji trzeba było z nim przejść przez kilka przeszkód – bardzo mi się ten pomysł spodobał. Wyraźnie spowalniał lekko już zmęczonych biegaczy (ja także z workiem bardziej szedłem, niż biegłem). Gdy oddałem worek słyszałem spikera, który zwoływał falę na godzinę 11:45. Już wiedziałem, że do mety nie jest daleko. Może uda się poniżej godzinki? – pomyślałem. Pocisnąłem trochę mocniej. Szybko pokonałem kolejne przeszkody, już bez problemów a potem… przeskok nad płomieniami i meta. Mój czas 00:59:16. Ze względu na to, że aż trzykrotnie musiałem robić karne burpeesy (na żadnym innym biegu przeszkodowym do tej pory nie miałem aż trzech kar) uważam, że nie jest najgorzej. Jasne – do czołówki brakuje mi baaaaardzo dużo. Ale jak na moją aktualną formę jest ok.

Za linią mety otrzymuję przepiękny (jeden z ładniejszych w mojej kolekcji) medal – w zasadzie dwa, bo jest tam też część wspominanej Trifecty), można poczęstować się wodą mineralną, odebrać Lecha Free, zjeść banana i odebrać koszulkę finishera (marki Reebok). Koszulka bardzo fajna, widziałem ją wielokrotnie na biegach w Czechach, a teraz sam będę mógł się w takiej pokazać. Szkoda, że nie było jakiegoś konkretniejszego posiłku regeneracyjnego (tzn. można było sobie go kupić, ale szkoda, że nie był w pakiecie).

Moim zdaniem poziom Spartan Race Sprint jest nieco niższy niż Runmageddonu Rekrut, ale równocześnie nieco wyższy niż Survival Race. Z Biegiem Katorżnika nie porównuję bo to trochę inna specyfika. Przeszkody są urozmaicone i zaprojektowane tak, że są bardzo bezpieczne (to duży plus). Podoba mi się, że nie można powtarzać przeszkód – jak się nie uda, to po prostu czeka nas karne burpees. Jeśli ktoś chce grać trochę nie fair to może na burpeesach trochę pościemniać (o ile równocześnie dużo osób wykonuje karniaki) bo sędzia po prostu nie jest w stanie każdemu liczyć powtórzeń osobno. To, czego mi trochę brakowało podczas tego biegu to…uśmiechu na twarzach osób, które ten bieg zabezpieczały (np. właśnie sędziowie). Nie brakowało go jednak wśród biegaczy, którzy entuzjastycznie pokonywali przeszkody pomagając sobie wzajemnie (również dziękuję za pomoc!). A w biegu wzięło udział ponad 2700 osób! Taka liczba robi wrażenie.

Spartan Race jeśli chodzi o organizacje stoi na europejskim poziomie, widać za co się płaci. Nie dziwi więc, że w Krakowie oprócz języka polskiego powszechnymi językami był czeski, słowacki czy węgierski. Widać, że biegacze są zżyci z tym biegiem i są w stanie przejechać naprawdę sporo kilometrów by wziąć w nim udział.

Ja biegowi mogę wytknąć kilka drobnych spraw – przede wszystkim to, co mnie najbardziej denerwowało to to, że za wszystko (depozyt, parking) trzeba dodatkowo płacić, co przy takiej kwocie pakietu startowego nie powinno moim zdaniem mieć miejsca. Nie byłem też zadowolony brakiem możliwości napicia się kawy przed biegiem. No ale co tam. To wszystko to nic, bo gdy już ruszymy na trasę jest naprawdę rewelacyjnie! Bieg jest dobrze zabezpieczony, ciekawy, jest i trochę biegania i trochę interesujących przeszkód o różnym poziomie trudności. Przede wszystkim jednak jest masa zabawy oraz satysfakcja po przebiegnięciu linii mety i odebraniu pięknego medalu. Być może w przyszłym roku znowu spróbuję swoich sił w Spartan Race`ie. Aroooooooo!

Translate »