VIII Półmaraton Dąbrowski – 12.03.2015 – relacja

VIII Półmaraton Dąbrowski – 12.03.2015 – relacja

Ostatnie 2 tygodnie, to był totalny kataklizm w moim wykonaniu, pisałem już o skoku wagi, świątecznym obżarstwie oraz bólu w okolicach achilles’a… to wszystko powodowało, że byłem w dołku fizycznym, jak i psychicznym.

W końcu doszedłem do siebie, zrobiłem trening po tygodniu przerwy – zakwasy były niewiarygodne, pierwszy raz od prawie 6 miesięcy miałem zakwasy po treningu! Ciężko było utrzymać tempo 4:00 na dystansie 5km… na szczęście ponownie odpocząłem 2 dni, do treningu włączyłem pompki, brzuszki, rozciąganie i rolowanie, aż poczułem się lepiej.

W piątek zrobiłem sobie trening 2x5km z przerwą 1:30 w marszu, plan był następujący: 5km w 20:00 i drugie 5km w 19:30, wyszło zdecydowanie powyżej oczekiwań – odpowiednio 19:45 i 19:03, na drugiej ‚5’ czułem moc i luz mimo wysokiego tempa. Jedyne czego się obawiałem – to, że zrobiłem ten trening za późno – półmaraton już za 2 dni! Nic bardziej mylnego, nogi się zregenerowały i spisały wyśmienicie 🙂

Tym razem do biegu postanowiłem podejść taktycznie, jeszcze na 2 dni przed startem rozpisałem sobie dokładnie międzyczasy.

Podzieliłem dystans półmaratoński na 4x5km + 1,0975km, Ustaliłem odpowiednie czasy, jakie chcę uzyskać i szacowane tempo, mimo, że wynik na 5km nic nie oznacza i nie ma żadnego odniesienia na dystans 21km, to postanowiłem zaryzykować i przyszykować się na czas 1:22:35 – 1:23, odpowiednio:
5km – 20:00
10km – (39:40) 19:40
15km – (59:15) 19:35
20km – (01:19:00) 19:35
21,0975 – ile fabryka dała!

Trasę znałem już z ubiegłego roku, początkowo biegło się w dół, płasko do 16km i na samym końcu zaczynały się podbiegi, jedne krótkie i mocne, inne długie, dające niektórym w kość. Pogoda dzisiaj dopisała, momentami było dość gorąco, jednak temperaturę niwelował wiatr, wiejący od zbiorników wodnych.

Do Dąbrowy wybrałem się z Walentym i Dawidem, na starcie spotkaliśmy wielu znajomych biegaczy, m.in. Rafała, Piotrka, Adama, Tomka czy Marka… reszta ekipy wybrała tym razem Chorzów i bieg górski w Parku Śląskim. Około 8:30 byliśmy na miejscu – parking był jeszcze dość pusty, co mnie osobiście zdziwiło, gdyż rok temu o tej porze ciężko było znaleźć wolne miejsce. Odebraliśmy pakiety, w którym był chip do zamontowania na bucie, numer startowy oraz koszulka techniczna – tym razem nie przypadła mi do gustu, jak np. rok temu, jednak cieszy mnie fakt, że była koloru czarnego (wszędzie dają białe).
Z pakietami i już z Rafałem oraz Piotrkiem udaliśmy się na kawę, przebraliśmy się i o godzinie 9:45 wsiedliśmy do oznaczonych przegubowych autobusów, które zawiozły nas do Ujejsca, gdzie miał miejsce start zawodów.

Mieliśmy jeszcze około 45 minut na skorzystanie z toi-toi i rozgrzewkę, zawodnicy rozbiegli się we wszystkie strony świata, jedni podskakiwali, machali rękami, robili skłony i przysiady, inni grzali się otuleni workami… tak do samego startu.

10931164_807395779314543_8165926288127385039_n

Na starcie ustawiliśmy się z Walentym właściwie w drugiej linii, przed nami było wielu dobrych zawodników, w tym Kenijczycy i Ukrainiec, był tam również zawodnik handbike’u.

Odliczanie od 10… w dość kiepskim tempie, 8, 7, 6… wydawać by się mogło, że spiker celowo przeciąga… 3, 2, 1… i … start? Nie!

Prawa strona ruszyła, lewa ruszyła a na środku zawodnicy utknęli za handbike’iem (w tym również ja)… zawodnik nie potrafił podjechać pod matę na starcie… no cóż, życie. Po chwili wszystko wróciło do normy, wszyscy sprawnie ruszyli, ja według planu, Walenty razem z czołówką mocno do przodu.
Jak to w każdym biegu bywa, na początku lekki ścisk, ciężko się wyprzedza, zawodnicy słabsi w przodzie blokują mocniejszych, kilka km i już sytuacja się wyjaśnia, wszyscy są na swoich miejscach, ‚peleton’ się rozciąga.

Pierwsze km to walka z wiatrem – popełniłem błąd, ponieważ biegłem samotnie, zamiast trzymać się w grupie… na szczęście po jakimś czasie przestało mi to przeszkadzać.
5km w czasie 19:59 (plan był na 20:00), 1s zapasu.
Drugie 5km w czasie 19:39 (plan 19:40), 2s zapasu.
Na 6km było stanowisko z wodą i napojami izotonicznymi, jednak nie czułem potrzeby, aby z niego korzystać, chciałem to zrobić dopiero na 11km. Na 11km wziąłem kubek z wodą i izo, napiłem się troszkę, zwilżyłem irokezika i lecimy dalej.

Około 13km dopadł mnie leciutki kryzys, zastanawiałem się czy to nie czas na żel (w planie miałem wziąć żel na 15km), szybko to opanowałem, dotarłem do 15km z czasem 59:15 (wyniki w sts-timing coś źle pokazują) i 19:37 na trzeciej ‚5’ (plan 19:35 – straciłem 2s, więc na 15km byłem co do sekundy wg. ustaleń).

11156348_807395782647876_8367593078210377803_n

Około 18km spotkałem Walentego, któremu ból w biodrze uniemożliwiał dalsze ‚maszerowanie’ po wspaniałą życiówkę.

Na 20km zameldowałem się w czasie 1:18:56 (4s poniżej planu), po 20km trasa przebiegała chodnikiem, przeprawa przez most i do mety… dobiegam do ostatniego zakrętu, zaczynam finiszować i próbuję wyprzedzić jeszcze jednego zawodnika – ten zobaczył mnie i ruszył mocno do przodu, mimo to nie dał mi rady… META! 1:23:01! 47 miejsce Open, piękny równy bieg, wszystko zagrało jak należy, życiówka z Krakowa poprawiona o ponad 4 minuty i 30 sekund, a ubiegłoroczny wynik o… ponad 16 MINUT! Negative Split działa!

Na mecie chwilę po mnie dobiegł Walenty, odebraliśmy piękne medale, bidony ‚Piję wodę z kranu’, porozmawialiśmy chwilkę ze znajomymi – Marcinem i Jarkiem, a następnie udaliśmy się pod prysznic.
Po wyczerpującym biegu czas na posiłek regeneracyjny – na hali na zawodników czekało spaghetti z sosem bolognese, banan oraz kawa i herbata – muszę przyznać, że bardzo rzadko jem posiłek po zawodach – tak tym razem było warto. Danie było wyśmienite, kawa smakowała – mimo, że nie piję jej wcale.

Świat jest mały – ciągle słyszymy to powiedzenie – tak tym razem kolejny raz się potwierdziło, tak się złożyło, że spożywaliśmy posiłek przy jednym stole z żoną Adama oraz ich sąsiadką Emotikon wink
Chwilka rozmowy i pora uciekać do domu… zadowoleni z życiówek, pojedzeni i… troszkę zmęczeni ruszyliśmy w drogę powrotną – nie mogliśmy zostać ani na dekoracji, ani na losowaniu, gdyż Walek dzisiaj idzie do pracy.

11138605_807382532649201_3016349780087948197_n

Wyniki znajomych:
Marcin Jarczyk – 1:18:12 / 16/919
Jarek Kożdoń – 1:22:04 / 35/919
Dawid Martini – 1:23:01 / 47/919
Walenty Bobla – 1:24:14 / 52/919
Marek Maciejewski – 1:29:10 / 88/919
Lucjan Wieczorek – 1:32:16 / 124/919
Ewa Papla – 1:37:33 / 186/919
Krzysztof Skibicki – 1:41:07 / 269/919
Tomasz Polaczek – 1:42:52 / 290/919
Wojtek Mielczarek – 1:43:36 / 308/919
Dawid Kostyra – 1:44:20 / 330/919
Piotr Szałaśny – 1:45:21 / 347/919
Andrzej Kocel – 1:46:33 / 367/919
Adam Sępioł – 1:50:14 / 478/919
Joanna Kubiczek – 1:54:05 / 562/919
Rafał Olejnik – 2:18:20 / 854/919

Najlepsi:
Kobiety:
1. BARSOSIO STELLAH JEPENGETICH – 1:18:22
2. BOGOMIAGKOVA KHRYSTYNA – 1:22:01
3. SZECÓWKA ANETA – 1:29:00

Mężczyźni:
1. ROP ABEL KIBET – 1:06:40
2. KEMBOI HENRY – 1:06:51
3. IVERUK MYKHAYLO – 1:10:12

Podsumowując, jest… a właściwie był to mój do tej pory najlepszy bieg pod względem taktycznym, spisałem się wyśmienicie, byłem punktualny jak szwajcarski zegarek! Oby to był dobry prognostyk na następne biegi… już za tydzień … eh, aż się boję o tym mówić, maraton.. CRACOVIA MARATON! Czas do pobicia pozostaje dalej taki sam: 3:35 uzyskane w debiucie w Katowicach – jednak czy wynik będzie najważniejszy? Nieeee… postaram się przygotować taktycznie, jak i suplementacyjnie wzorowo, tak, żebym pierwszy raz w życiu (oficjalnie pierwszy) przebiegł CAŁY maraton bez skurczów i innych dolegliwości.

11149244_1042575489105251_405054303738241629_n

Walka, walka, walka!
Zdjęć tym razem mało… jakoś tak… zapomnieliśmy? Emotikon wink
Do usłyszenia!

Autor: Dawid Martini czyli Longer_7 – amator runner

Translate »