Winter Trail Małopolska 2017 – relacja

Winter Trail Małopolska 2017 – relacja

W zeszłą sobotę miałem przyjemność wziąć udział w niezwykłej imprezie biegowej – Winter Trail Małopolska, która odbywała się w Beskidzie Wyspowym. Już rok temu miałem zamiar wziąć udział w pierwszej edycji tej imprezy – byłem nawet zapisany na najdłuższy z dystansów – ostatecznie jednak musiałem zrezygnować bo termin kolidował z obroną mojej pracy doktorskiej. Właśnie dlatego w tym roku już wiedziałem, że na pewno chcę spróbować zimowego biegania w biegu organizowanym przez Fundację 4 Alternatywy. Tym razem jednak zdecydowałem się na wariant 30-kilometrowy. Jak się okazało, dobrze się stało.

Fundacja 4 Alternatywy działa głównie na terenie województwa małopolskiego organizując imprezy (nie tylko) dla ultrasów. Ich największą imprezą jest Ultra Trail Małopolska (przyszłoroczna edycja odbędzie się 15-17 czerwca). Do wyboru jest aż 6 dystansów (od 10 do 170 km) oraz bieg etapowy na 170 kilometrów. Zimowa edycja imprezy to Winter Trail Małopolska której dystanse i trasy (10, 39 i 48 km) pokrywają się z letnimi. Ich hasłem jest: „Our vision of running”, i szczerze mówiąc tę wizję było widać na zimowej edycji. Na pierwszy plan wychodzi przede wszystkim: koleżeńska atmosfera, małokomercyjny klimat imprezy, wyjątkowe miejsce startu/mety, bliskość natury i cele charytatywne. Podczas zawodów WTM były zbierane ubrania sportowe dla krakowskiego Monaru oraz karma i inne przedmioty dla zwierząt w ramach akcji Człowiek Zwierzakowi Bratem. Zawiozłem dużą siatkę ubrań (głównie nieużywane koszulki z różnych zawodów biegowych) oraz kilka drobnych przedmiotów dla psiaków (w tym obrożę dedykowaną chartom z brylancikami i uprząż). Szczerze – za takie pomysły charytatywne powinno się ozłacać 🙂

Teraz chyba nadszedł czas by opisać jak przebiegły same zawody. A było to tak. Ciemna noc. Budzik. Godzina 4:30. Należy szybko wyprowadzić psa na spacer, ubrać się, wsiąść do samochodu o ruszyć. Zrobiła się godzina 5:00. Do Kasinki Małej (miejsca zawodów) niby niedaleko, jakieś 110 kilometrów. Droga jednak wlecze się dość długo, bo jedzie się głównie bocznymi drogami. Ostatecznie kilka minut po 7 zapakowałem samochód na jednym z trzech przygotowanych parkingów (akurat przy dużym parkingu przy kościele). Wszystkie parkingi były oznakowane więc nie było jakiejkolwiek trudności by na nie trafić. Na parkingu czeka Pan, któremu oddałem dary dla Monaru i piesków i… akurat stał tam autobus, który miał zawieźć nas na granicę lasu. Nie czekając ani chwili, żeby mi nie uciekł zabrałem plecak do biegania i usiadłem. Busik zatrzymywał się jeszcze po kolejnych biegaczy przy kolejnych parkingach. Ostatecznie po kilku minutach byliśmy na miejscu docelowym. Nie było to jednak biuro zawodów! To byłoby zbyt proste. Do niego (czyli Bazy Lubogoszcz) prowadziła droga, z którą zwykły bus by sobie nie poradził (terenowe auto już tak). Czekał nas więc około 1-kilometrowy spacer pod górę. Wiem, że byli tacy, którzy się tego nie spodziewali i… zostawili np. rzeczy do przebrania na bieg w aucie. Tym samym musieli jeszcze przed startem dwukrotnie pokonywać ten odcinek. Doszedłem do biura zawodów akurat gdy startował najdłuższy z dystansów – 48 km. Prawie 300 zawodników ruszyło i…od razu pobiegło stromo pod górę. Chwilę pokibicowałem i ruszyłem dalej do biura zawodów. Tam wszystko odbyło się bardzo szybko i profesjonalnie, nie było żadnych większych kolejek mimo że przecież do biegu nie zostało już dużo czasu. Sporo innych biegaczy przebierało się w każdym możliwym miejscu. Po odebraniu bogatego pakietu startowego (oprócz numeru startowego również sporo ulotek z kodami rabatowymi, kilka batoników, długopis, płyta CD z filmem o Mszanie Dolnej itp.) ruszyłem w stronę depozytu (osobny domek w bazie). Tam również bez czekania pozbyłem się plecaka z suchymi rzeczami na przebranie po biegu. Miałem jeszcze około 40 minut do startu. Poszedłem więc do budynku jadalni, gdzie wypiłem kawę i trochę się ogrzałem (było tam całkiem sporo osób i miły klimat). Gdy zbliżała się godzina biegu ruszyłem na start. Przed wpuszczeniem do strefy startu każdy miał sprawdzane, czy posiada wyposażenie obowiązkowe (m.in. folia NRC, telefon komórkowy). To również szło bardzo sprawnie.

Odprawę startową słuchałem jednym uchem bo usłyszałem ją już w całości przed startem 48-kilometrowego dystansu. W końcu jak gdyby nigdy nic zaczęło się odliczanie i start! Chwila prostego i od razu podbieg w górę, szczerze mówiąc było dość tłoczno a wielu biegaczy zaczęło się przepychać do przodu ale jakoś to szło coraz wyżej i wyżej (aż na szczyt Lubogoszcza). Po około kilometrze oprócz zmrożonej ziemi zaczął pojawiać się również lód i niewiele, ale jednak zmrożonego śniegu. Pogoda oscylowała w granicach -1 stopnia celsjusza (choć była oczywiście zmienna, podobnie jak wiatr). W niższych partiach gór można powiedzieć, że mieliśmy bardziej bieg jesienny niż typowo zimowy, ale to nic. Tak jak można było słyszeć od samego początku od wielu biegaczy te zawody miały być przede wszystkim dobrą rozrywką przed zbliżającymi się świętami, a nie walką o każdą sekundę – ja również tak uważałem.

Pod szczytem Lubogoszcza było już naprawdę ślisko i było trzeba bardzo uważać. Myślałem, że mając w swoim zwyczaju nadrobię podbieg na zbiegach ale nie było na to jakiejkolwiek możliwości. Zmrożona ziemia była trudnym i bardzo zdradliwym kompanem. Przekonałem się o tym na własnej skórze gdy w okolicach 4 kilometra (czyli na początku zbiegu) wywinąłem orła którego skutkiem jest mocno stłuczona prawa dłoń (z fioletowym i praktycznie nieruchomym palcem środkowym), rozdarte spodnie i rękawiczki. Po samym upadku nie wyglądało to jednak tak tragicznie, choć oczywiście czułem, że jestem poturbowany. Pobiegłem dalej zastanawiając się czemu jestem tak nieostrożny. Życie.

Zbiegliśmy do Kasinki Wielkiej gdzie czekał na nas punkt odżywczy z bardzo smacznym barszczem ale i wieloma innymi frykasami (żółty ser, sok Owoc Łącki, orzeszki, daktyle, Pepsi itp. itd.). Potem zaczął się dalszy bieg, były momenty że biegło się przez wieś asfaltem, trochę łąką, trochę pod górkę, trochę z górki aż tu… Kolejne dłuższe podejście, tym razem na Lubomira. Szybko poszło i znalazłem się w drugim punkcie odżywczym gdzie ekipa Biegu Rzeźnika serwowała leczo wegetariańskie oraz wszystkie inne smaczne rzeczy. Ponieważ byłem już głodny trochę zabawiłem na punkcie i pojedzony ruszyłem dalej pod górę na sam szczyt…na którym znajdowało się obserwatorium astronomiczne (przysięgam, nie wiedziałem o tym wcześniej!). Potem znowu – śliski zbieg, trochę pod górę, trochę z górki, dalej trudna trasa, częściowo oblodzona, cały czas trzeba było (a ja ze swoją ręką szczególnie) bardzo uważać, chyba że ktoś nie miał instynktu samozachowawczego. Trasa była bardzo dobrze oznaczona szpilkami wbitymi w ziemię z żółtą, brandowaną taśmą. Tylko w jednym momencie źle pobiegłem na zbiegu ale zegarek biegaczki, która biegła przede mną szybko ją poinformował, że pobiegliśmy w złą drogą. Zbiegliśmy znowu do wsi, na zegarku 30 kilometrów nabite. Gdzie ta meta? Okazało się, że wtedy dzieliły mnie od niej jeszcze 3 gratisowe kilometry, które przygotował organizator. Były to też trzy kilometry pod górę, znowu do bazy Lubogoszcz. Niespodzianka! Wiem, że niektórym w tym momencie morale siadają, ale ja już siłą rozpędu powoli doczłapałem do mety! A na niej…

Uśmiechy, medal finishera (który równocześnie jest magnesem na lodówkę), piwo i komino/czapka (bardzo ładna i faktycznie ciepła! Już w niej chodzę). Chwila na odpoczynek i pierwsza refleksja – noooo, fajne to było! Z uśmiechem na twarzy poszedłem na pyszną pomidorówkę do stołówki, przebrałem się w suche rzeczy i kibicując głównie biegaczom z najdłuższego dystansu ruszyłem z powrotem w stronę Kasinki Małej.

Gdy doszedłem na parking na który zawiózł nas rano bus zdziwiłem się (choć może niesłusznie), że powrotnego niestety nie ma. Z pewnym smutkiem ale poszedłem te dwa kilometry na parking kościelny (czyli od bazy Lubogoszcz około 3 km). Miałem zmęczone nogi ale rozumiem, że osobom z najdłuższej trasy mogło to być bardziej nie w smak. Zrobić najpierw niemal 50 km biegiem a potem jeszcze cisnąć 3 km do samochodu? Szkoda, że nikt nie pomyślał by busik jeździł (nawet za opłatą) – sam chętnie bym z takiej możliwości skorzystał.

Jak oceniam zawody? Jako kawał dobrej roboty. Sama trasa była wymagająca (już wolałbym śnieg niż ten lód i zamarznięte błoto). Zebrało się również prawie 1800 metrów przewyższenia na 33  kilometrowej trasie. Był zróżnicowany teren, było sporo zabawy. Były świetnie zaopatrzone punkty żywieniowe a przede wszystkim była wspaniała atmosfera zawodów, gdzie każdy czuł się członkiem wielkiej biegowej rodziny! Szkoda, że zabrakło tego powrotnego busa, ale przy wspomnieniach z trasy można o tym zapomnieć! Każdy zawodnik mógł na tych zawodach czuć się jak zwycięzca – że zdecydował się wziąć w nich udział! Gratuluje wszystkim, którym udało się ukończyć a organizatorom imprezy na doskonałym poziomie:) Na pewno jeszcze wrócę w Beskid Wyspowy.

Wyniki:

WTM 48 km

Kobiety:

  1. Kamila Głodowska – 06:14:40
  2. Asta Buteikyte – 06:20:29
  3. Magdalena Ciaciura – 06:49:52

Mężczyźni:

  1. Marcin Rachwał – 05:19:15
  2. Artur Koczaja – 05:20:39
  3. Tomasz Kącki – 05:23:25

WTM 30 km

Kobiety:

  1. Katarzyna Wilk – 04:16:49
  2. Agata Kołoczek (Miraż Race Team) – czas 04:22:49
  3. Agnieszka Lach (Ekspedycja Mrówka) – czas 04:35:19

Mężczyźni:

  1. Radosław Hetman (Grupa Nomax) – 03:16:02
  2. Jakub Wolski (Magazyn Bieganie, Strefa Przygód) – 03:25:04
  3. Mieczysław Jałocha (Przemyski Klub Biegacza) – 03:30:58

WTM 10 km

Kobiety:

  1. Magdalena Lorens, czas 01:22:26
  2. Kalina Jaglarz, czas 01:25:36
  3. Sylwia Semow, czas 01:14:31

Mężczyźni:

  1. Zbigniew Jaworski, czas 00:58:49
  2. Tomasz Smoleń, czas 01:06:59
  3. Marcin Dzierwa, czas 01:07:06

Fotografie: własne + Jacek Deneka (UltraLovers)

Oficjalna strona imprezy: www.ultratrailmalopolska.pl

Translate »