XII Bieg Katorżnika – relacja

XII Bieg Katorżnika – relacja

Na takie wydarzenie warto czekać rok, oj warto! W zeszłym roku jechałem po raz pierwszy na Bieg Katorżnika i nie wiedziałem czego się spodziewać. Pamiętam jak dziś, że dzień przed tamtym startem czytałem opinie co ze sobą zabrać, oglądałem zdjęcia jak to wygląda itp. itd. Był to wtedy mój pierwszy wyjazd na tego typu wydarzenie. Stres był, ale gdy wbiegłem na metę wiedziałem, że lepszej zabawy nie znajdę nigdzie. Zresztą, zainteresowanych zapraszam do przeczytania mojej entuzjastycznej relacji sprzed roku.

13719640_1181094125314106_8198343918265234469_o

Od tamtych zawodów z utęsknieniem wyczekiwałem terminu kolejnych zawodów. Pewnie, w międzyczasie jeździłem na różne wydarzenia. Przebiegłem dwa razy Survival Race na najdłuższych dystansach (w 2015 roku Hero w Katowicach i w 2016 Machine we Wrocławiu), brałem udział w Nocnym Runmageddonie Rekrut w Zabrzu. Wszystkie te starty wspominam bardzo miło. Spodobały mi się biegi z przeszkodami. Jednak mimo wszelkich starań  i tak moim faworytem w dalszym ciągu był Katorżnik. Bo tam błoto to nie jest takie pitu-pitu, żeby się pobrudzić i ładnie wyjść na zdjęciu na mecie. W Lublińcu jest błoto, którego nie spotkałem nawet na żadnym Przystanku Woodstock. To takie błoto, które Cię wsysa razem z duszą, byś je kochał i nienawidził jednocześnie. I wracał do niego co rok.

13913987_1181092365314282_3475965494891605378_o

W tym roku już wiedziałem co mnie czeka. Dzień wcześniej wybrałem najbrzydszą koszulkę sportową z szerokiego arsenału koszulek z różnych zawodów – wiedziałem, że już ją tam zostawię, więc chciałem wziąć taką, której mi nie będzie szkoda. Podobnie uczyniłem ze spodniami. Wiedziałem jednak, że nie będzie tak ciepło jak rok wcześniej, dlatego postawiłem na długie legginsy. Do tego skarpetki Kalenji i buty Nike. W zeszłym roku biegłem w trailówkach, w tym zaś w bardzo miejskim bieżniku. Biegło mi się minimalnie gorzej, ale różnica nie jest tak dramatyczna, by nie móc zaliczyć tego biegu w zwykłych butach sportowych. Warto wybrać na pewno coś bez membrany (jakieś 90% czasu brodzimy w błocie lub wodzie) i coś czego nie jest żal. Aczkolwiek powiem, że ja butów w tym roku nie wyrzuciłem – po prostu umyłem w jeziorze i zabrałem do prania do domu. Gdy wszystko miałem spakowane położyłem się nieco wcześniej spać. Wiedziałem, że bieg to nie przelewki.

13923298_1181091101981075_3115556205054331469_o

Wyjechałem o 8:30 z domu, start był zaplanowany na 11:30. Mam około 90 kilometrów, więc nie są to żadne duże odległości. Nawigacja GPS wprawdzie prowadziła mnie przez różne dziwne wioski, ale ostatecznie na ośrodku Silesiana byłem godzinę przed startem. Tym razem nie popełniłem błędu sprzed roku i przed startem zjadłem wszystko co mogłem – Belvitę, batonik krówkę, popiłem wszystko izotonikiem (w domu jadłem oczywiście normalne śniadanie). Wszystko po to, by nie zabrakło mi energii w trakcie.

13923536_1181092971980888_4338350449974708105_o

Tak jak w zeszłym roku na duży plus zasługiwał parking, który był okoszonym, dużym polem, bardzo dobrze zarządzanym przez obsługę. Każdy wiedział gdzie ma zaparkować, nie było tez zatarasowanych dróg ani problemów z wyjazdem. To się często spotyka na biegach, albo nie ma gdzie zaparkować albo jak jest gdzie to potem nie ma jak stamtąd wyjechać. W marcu tego roku na Półmaratonie Marzanny jeden głąb (no bo jak nazwać?) zablokował swoim autem wyjazd dla połowy parkingu (sic!) spod stadionu Wisły Kraków. Mi akurat się śpieszyło (byłem z prawie 2-letnim synem, który raczej nie jest skory do czekania w aucie godziny…) Był jednak do tego zmuszony i wraz z żoną zamiast miłego wyjazdu do Krakowa, mieliśmy przymusowy postój pod stadionem i dużo straconych nerwów. W Lublińcu taka sytuacja nie mogła mieć miejsca. Zaraz przy parkingu znajdowało się też miejsce na namioty, oraz stoisko i ognisko z grochówką, piwem i ToiToiem. Wszystko co potrzebne.

13925514_1181093138647538_386046183559065851_o

Do biura zawodów idzie się jakieś 300 metrów. W tym roku było ustawione w innym miejscu niż w latach poprzednich. Organizatorzy informowali o tym wcześniej na Facebooku. Nie przysporzyło to żadnych problemów. Na sali gimnastycznej znajdowały się stanowiska opisane odpowiednimi numerami startowymi. Podawało się numer (z listy, która była wywieszona) i odbierało pakiet. Obok można było zostawić depozyt.

13925965_1181090515314467_2175992963515832981_o

Co było w pakiecie? Jak zwykle bogato! Niepowtarzalna „podrapana” koszulka Katorżnika – taka sama jak w zeszłym roku tylko z inną cyfrą (XII), napój Veroni, chusta wielofunkcyjna z firmy Haix, dwa desery, napój izotoniczny 4Move, stos ulotek, karnet na grochówkę, dwa batoniki „krówka” a w sumie krówka i byk. Wszystko w dużej torbie. Pamiętam, że w zeszłym roku w pakiecie była również butelka SIGG od Haix (czasami z niej korzystam). Pewnie tym razem sponsor nie był aż tak szczodry, ale nie ma to żadnego wpływu na zawody.

13938129_1181094265314092_5292826308003340780_o

Zresztą, jeśli chodzi o frekwencję to XII Bieg Katorżnika jest dość elitarną imprezą…zapisy zamknęły się pięć minut po rozpoczęciu. Więc jeśli komuś udało się już zapisać to powinien być szczęśliwy, że może wystartować, niezależnie od atrakcyjności pakietu startowego.

13958091_1181094458647406_2076076579654890090_o

Ośrodek Silesiana jak zwykle był przygotowany perfekcyjnie. Trochę szkoda, że prawdopodobnie był to ostatni Bieg Katorżnika w tym miejscu (o tym również organizatorzy informowali) gdyż wydaje się wprost stworzone na takie zawody. Było gdzie napić się kawy przed biegiem, start i meta zlokalizowane w jednym miejscu. Ustawione ToiToie, miejsce do kibicowania, kilka stanowisk reklamowych, prysznice, przebieralnie .Wszystko jak zwykle na wysokim poziomie i nie mam się absolutnie do czego przyczepić – majstersztyk.

13962980_1181093358647516_8384116095150898401_o

Gdy było już blisko do biegu przebrałem się w przygotowany wcześniej strój, po drodze w Leroy Merlin w Mikołowie kupiłem sobie jeszcze rękawiczki robocze i silver tape`a. Po ubraniu taśmą posklejałem buty, żeby przypadkiem nie zostały w błocie, ubrałem rękawiczki, numer startowy i byłem gotowy. Wszedłem do strefy zawodnika, wskoczyłem do wody na chwilę, potem wyszedłem i czekałem na start.

13963003_1181092421980943_7588955951158878328_o

W tym roku jak już wspominałem nie było tak ciepło jak w zeszłym, woda była chłodna i w sumie przed startem zastanawiałem się, czy się nie przeziębię. Mądrym wyborem okazały się długie legginsy. Start nastąpił punkt 11:30. Wskakujemy grupą do wody, jeszcze przed pomostem pod którym przechodziliśmy zauważyłem, że wody jest trochę więcej niż w zeszłym roku i momentami łatwiej mi płynąć, niż próbować odbijać się od dna (mam 160 centymetrów wzrostu – przypominam). Powoli zbliżamy się do boku stawu, idziemy w miarę zwartą grupą dość długo, cały czas z prawej strony mając brzeg. Po ponad 20 minutach wychodzimy ze stawu i wchodzimy w rów melioracyjny, powoli pomiędzy zawodnikami zaczynają robić się większe odległości. Jeśli ktoś walczył o wynik to jeśli na samym początku nie poszedł mocno do przodu, to potem najprawdopodobniej miał już problem wyprzedzać, błoto tak samo zwalnia każdego. Trasa w porównaniu z zeszłym rokiem zmieniła się tylko kosmetycznie pod koniec. Miała 13,5 km (choć w regulaminie mowa jest o 10km). Był smród, był brud, było błoto i były niespodziewane zasadzki. Bo wiecie, drepta się po pas w bagnie, a tu co i nuż w tym bagnie jakaś kłoda, korzeń czy inne dziadostwo, o które łatwo się przewrócić a jeszcze łatwiej poharatać sobie łydkę. I tak – kanał za kanałem, wejście do wody i wyjście z wody, 10 metrów biegu i znowu do błota. Zabawa trwa! Było kilka atrakcji – tu trzeba wejść do rury a tam przeskoczyć nad zwalonym drzewem. Jest fajnie. W tym roku były aż dwa punkty z piciem. Pierwszy na początku trasy, drugi gdzieś po 11 (była albo woda albo sok jabłkowy). Miałem jeszcze żel energetyczny, ale w drugiej części trasy jakoś nie miałem ochoty go spożywać. Bieg Katorżnika tak naprawdę biegiem jest raczej z nazwy. Większość trasy nie pozwala na pokonywanie jej biegiem, raczej trzeba się przedzierać i iść jak najszybciej. Po prostu. W tym roku zacząłem spokojnie, ale w drugiej części dystansu wiedziałem, że mam sporo siły więc przyśpieszyłem. Z różnic w stosunku do zeszłego roku – nie było wchodzenia po drabince i skoku do wody z pomostu (mnie to akurat ucieszyło, bo ta drabinka mi się długo jeszcze śniła – miałem skurcze i nie mogłem tak wysoko postawić nogi by się na nią wdrapać). Przed samą metą było kilka przygotowanych atrakcji, trzeba było po drewnianej drabince z pali wejść na budynek, zejść w dół (ciemno!), przeczołgać się czy przeskoczyć przez pień drzewa. Atrakcji nie brakowało.

13975424_1181091841981001_7818166684504483807_o

W zeszłym roku tego nie zauważyłem (w końcu byłem pierwszy raz), ale część zawodników niestety oszukuje. Zawodnicy zamiast biegnąć po wyznaczonym torze skracają sobie drogę biegnąc przez las (wiadomo, że dużo szybciej, niż w błocie po pas). Bo chyba tylko tak mogę wytłumaczyć, że kogoś mijam na 4 kilometrze, a potem pojawia się on przede mną 2 kilometry przed metą. Niech jednak każdy sobie to sam rozważy w sumieniu. Jasne, podczas biegu jest kilka miejsc, gdzie stoją wyznaczone osoby i kontrolują, czy wszystko jest zgodne z zasadami zabawy, ale pewnie ze względu na ukształtowanie terenu nie jest ich zbyt wiele.

14047379_1181093795314139_3681155598161243391_o

Z tegorocznego wyniku jestem mega zadowolony – 2:50:46 to ponad pół godziny szybciej niż w 2015 roku. 6 miejsce w mojej grupie dało mi srebrną podkowę Katorżnika (miejsca I-III otrzymują złotą, IV-VI srebrną, VII-X brązową, cała reszta żeliwną). Teraz pozostaje się domyć i powiesić kilkukilogramowy medal na ścianie. Te medale budzą zdziwienie każdego, kto zobaczy je w moim mieszkaniu. Nie ma się co dziwić, tak jak i sam Bieg Katorżnika – są po prostu wyjątkowe.

13996086_1181091491981036_820633884342649191_o

Po biegu zjadłem grochówkę, krówkę i poszedłem się wstępnie umyć. Najpierw jednak musiałem zdjąć z siebie ubłocone rzeczy. Koszulka tak mocno do mnie przywierała, że rozciąłem ją nożem i wyrzuciłem. Do domu wracałem z uśmiechem na twarzy i marzeniem, by za rok znowu przyjechać na XIII Bieg Katorżnika. Moim zdaniem najlepsze zawody sportowe w jakich miałem przyjemność brać udział! Choć oczywiście – nie dla każdego. Przed zapisami każdy powinien sam sobie odpowiedzieć na pytanie czy taka zabawa naprawdę będzie sprawiać mu frajdę czy lepiej pozostać przy czystszych formach aktywności.

biegkatorznika

Nadmienię jeszcze, że prócz zawodów głównych odbył się również Katorżniczki dla dzieci (różne dystanse zależnie od wieku) – mam nadzieję, że w przyszłym roku mój syn – będzie miał ponad 3 latka – również spróbuje swoich sił, a także Katorżnik Babci i Dziadka (dla osób powyżej 65 lat!). Najstarszy tegoroczny zawodnik biegu miał 89 lat!13987607_1181093638647488_1086977580490637026_o

Każdemu, kto ukończył bieg serdecznie gratuluję a organizatorom, sponsorom i wszystkim zaangażowanym w organizację biegu biję pokłony za wspaniałą imprezę i mnóstwo zabawy.

Zdjęcia: Mariusz Kieslich

Translate »