Zurich Maraton – Barcelona 2015 – relacja

Zurich Maraton – Barcelona 2015 – relacja

Długo się zbierałem z napisaniem kilku słów, czekałem na zdjęcia… ale się chyba nie doczekam 🙂

Dla mnie maraton zaczął się już długo, długo wcześniej, o ile dobrze pamiętam, to już we wrześniu ubiegłego roku podjąłem decyzję i zarejestrowałem się. Wtedy wydawało mi się to głupie, był to totalny spontan – ok, zarejestrowałem się, ale co dalej?
Powoli zacząłem przeszukiwać internet, próbując dograć wszystko w najdrobniejszych szczegółach, w międzyczasie szukałem chętnych do wspólnego wyjazdu – najpierw dołączył do mnie Szymon, później Agnieszka, następnie inni – wszyscy zarejestrowani, bilety na samolot opłacone – zacząłem wierzyć, że wyjazd naprawdę się uda! 🙂 Gdy byłem w Zwardoniu, skontaktował się ze mną Rafał, również wybierał się do Barcelony – tak więc, nasza katalońska ekipa wciąż się powiększała… na samym końcu dołączył do nas Walenty… jak się później okazało, był to prawdziwy strzał w ’10’, cieszę się, że udało mi się Ciebie namówić.. 🙂

maxresdefault (1)

Cały wyjazd trwał dokładnie 4 dni, 2 dni w podróży i 2 dni w Barcelonie.
13 marca o godzinie 6:10 wyruszyliśmy z Katowic PolskimBusem do Warszawy, mimo wczesnej pobudki, podróż przebiegała bez problemów, dojechaliśmy punktualnie do Warszawy, gdzie czekała na nas zamówiona taksówka – w taki sposób dostaliśmy się na lotnisko w Modlinie. Odprawa trwała dość długo, na szczęście byliśmy dość wcześnie i nie musieliśmy się przejmować czasem.

Po odprawie kawa, ciastko, kilka fotek – humory ciągle dopisywały, w końcu przyszedł czas… lecimy do Barcelony!

1510746_795371947183593_2543227812714935201_n

Punktualnie o godzinie 13:50 wyruszyliśmy, około godziny 17:00 byliśmy na miejscu, w samolocie spotkałem Marcina Dulnik (http://www.dulnikbiega.pl), z którym rozmawiałem dzień przed wylotem. Z lotniska udaliśmy się na kolejkę, którą dojechaliśmy do Passeig De Gracia (spotkaliśmy Sandrę Kaczmarek), a stamtąd byliśmy już ‚rzut beretem’ od Placu Catalunya, niedaleko którego nocowaliśmy – dokładnie na ulicy D’Estruc. Lokalizacja noclegu była naszym ogromnym atutem, wszędzie było blisko, bez problemu mogliśmy dostać się w każde miejsce, szczególnie blisko mieliśmy do Sagrada Familia oraz do Placu Espanya – miejsca startu maratonu.

1604649_795373187183469_7571319225780010139_n

Około godziny 18:40 dotarliśmy pod wskazany adres, gdzie czekała już na nas Ewa (mieszka w Hiszpanii już 9 lat, pochodzi z Polski), otrzymaliśmy klucze do apartamentu, zajęliśmy swoje łóżka i postanowiliśmy wyskoczyć na miasto coś zjeść.

Jak to zwykle bywa w grupie, ciężko było się zdecydować gdzie i co zjeść, co jakiś czas ktoś musiał wziąć na siebie odpowiedzialność i wskazać miejsce, gdzie będziemy jedli – trafiliśmy do małej knajpki niedaleko La Rambli – każdy zamówił coś dla siebie, wypiliśmy po piwie oraz po lampce Sangrii – Sangria w Hiszpanii jest wyjątkowa! Zjedliśmy, napiliśmy się, następnie poszliśmy na zakupy do Carrefour’a, który znajdował się właśnie na ulicy La Rambla. Już na wejściu mogliśmy dostać przepyszne smoothie o różnych smakach, następnie mijaliśmy stoisko z sałatkami: owocowymi, warzywnymi, mieszanką sałat itd., było również stoisko z chińskim jedzeniem, które kucharz specjalnie dla nas przyrządzał na miejscu, była też paella.

1901211_795373170516804_224420729262483561_n
Skupiliśmy się na sobotnim śniadaniu, kupiliśmy to co najpotrzebniejsze. Wróciliśmy do domu cali obładowani, każdy po kolei szedł się kąpać, a w tym czasie reszta popijała winko i sączyła piwko – w taki sposób skończył się piątek.

14 marca, w sobotę rano zjedliśmy delikatne śniadanie i wybraliśmy się po odbiór pakietów startowych oraz na Pasta Party – wszystko to było zlokalizowane w Fira Barcelona, gdzie odbywały się targi Expo.

10451681_795373063850148_81930001972241875_n

Jak na tak ogromną ilość uczestników, to w biurze zawodów wcale nie było tłoku – odebrałem kopertę z chipem i numerem startowym, następnie udałem się po koszulkę techniczną i po torbę.
Gdy już każdy miał kompletny pakiet, sprawdziliśmy nasze chipy, zrobiliśmy kilka fotek i udaliśmy się na targi expo, sprawdzić co nam oferują wystawcy, a tam spotkaliśmy Darka Niemiec (https://www.facebook.com/PoCANCERowani). Głównym sponsorem maratonu była firma Asics, tak więc to ta firma była najbardziej widoczna podczas targów. Oferowano nam opaski z międzyczasami na maraton, czy specjalną edycję koszulek maratońskich – bardzo mi się jedna spodobała i postanowiłem ją nabyć.

10496928_795371040517017_95585190527493290_o

O godzinie 12 zaczynała się impreza Pasta Party – do wyboru były 2 różne makarony, jeden z pomidorowym sosem, drugi z sosem pesto – oba smakowały wyśmienicie, aby nikomu nie zaschło w gardle – do wyboru mieliśmy sporo napojów – coca cola, cola light, fanta oraz woda, mogliśmy jeść sobie spokojnie, gdyż makaron i napoje były dostępne bez ograniczeń !
Gdy skończyłem 3 talerz, postanowiłem zjeść jeszcze trochę, w połowie czwartego talerza zaliczyłem przysłowiową ‚ścianę’, jednak byłem twardy i podołałem wyzwaniu. Mój wyczyn, był niczym w porównaniu z osobą, do której się przysiedliśmy, tylko przy nas zjadł 5 porcji – a to raczej nie było wszystko na co go stać! 🙂

10509476_795373190516802_1413651534893117420_n

Pełni węglowodanów i napojów udaliśmy się obejrzeć 360 stopni panoramę Barcelony na Placu Espanya, widoki zapierały dech w piersi, szczególnie baseny na dachu… to było coś <3

Widoki obejrzane, pora na kawę – wybraliśmy się do knajpki ‚Bitte Wurst’ niedaleko placu Espanya, ja kawy nie pijam, tak więc wypiłem małe piwo Clara o lekkim zabarwieniu cytrynowym. Była jakoś godzina 15, kiedy z Darkiem wpadliśmy na pomysł, aby wybrać się na mecz Espanyol – Atletico Madryt – mistrz Hiszpanii przyjeżdża do Barcelony – grzechem było to przegapić 🙂
Tak więc około godziny 15:20 opuściliśmy towarzystwo i wybraliśmy się na Estadi Cornellà-El Prat, reszta udała się do akwarium w Barcelonie. Z Darkiem kupiliśmy bilety za 45 Euro – dostaliśmy miejsca na katalońskiej ‚żylecie’, więc mogliśmy przekonać się co to jest prawdziwy doping w Hiszpanii. Mecz nie był jakoś specjalnie ciekawy, w 37′ Miranda dostał czerwoną kartkę za uderzenie łokciem. Przez cały mecz pod adresem sędziego kibice skandowali głośne ‚Fuera!’ – z racji aptekarskiego sędziowania – mecz ostatecznie zakończył się stratą punktów przez Atletico i brakiem bramek.

11083610_795372493850205_1102923945741486008_n

Po meczu wszyscy wspólnie spotkaliśmy się znowu na targach expo, spacerowicze przeszli prawie 18km tego dnia, w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Carrefour i kupiliśmy kilka potrzebnych rzeczy, wróciliśmy na mieszkanie i postanowiliśmy przygotować się do maratonu, tak żeby rano nie było zamieszania.

Stres udzielał się prawie wszystkim, przez co nie mogliśmy spać, o godzinie 24 jeszcze byliśmy na nogach… budzik nastawiony był na 6:30, tak więc niewiele zostało do naszego święta!
Udało się każdemu przespać kilka godzin – w sobotę padało, tak więc obawialiśmy się, że w niedzielę pogoda będzie podobna – tak się jednak nie stało…

15 marca, Niedzielny poranek obudził nas promykami słońca i temperaturą około 7-9 stopni. Lepszej pogody nie mogliśmy sobie wyobrazić – myślałem, że lepiej być nie może i nic nie stanie na przeszkodzie, aby osiągnąć swój wymarzony cel – źle myślałem…

11080508_795371037183684_7864160321318826232_o

Godzinę przed startem znajdowaliśmy się już na Placu Espanya, mnóstwo biegaczy, mnóstwo uśmiechów, mnóstwo narodowości: Dania, Holandia, Urugwaj, Argentyna, Niemcy, Czechy… gdzie człowiek nie spojrzał – tam inny kraj – łącznie prawie 20.000 biegaczy, mając tylko jeden cel – 42,195km! Przed samym startem zjedliśmy rodzynki, oddaliśmy nasz depozyt i udaliśmy się na start – do naszej strefy czasowej. Tam spotkałem kilku Polaków, z którym wymieniłem kilka słów, krótkie pozdrowienia i życzenia udanego biegu, w tle brzmiała motywująca muzyka.

Nawet nie wiem kiedy zleciał ten czas… cinco, quatro, tres, dos, uno, start!

I ruszyliśmy, 5, 10, 15 km… było super, kontrolowałem tempo, biegłem planowo, na 17km poczułem lekki prąd w prawym udzie, około 20km dogonił mnie Walenty – widać było po nim, że ma moc w nogach – ja niestety powoli zaczynałem się obawiać – ten prąd nie mógł oznaczać nic dobrego. ‚Walek’ chciał abym podążył za nim, jednak wolałem biegnąć według planu, dobiegłem do połowy dystansu z czasem 1:31:24, powoli odczuwałem, że coś jest nie tak… wtedy nadszedł feralny 24km… i stało się, mocny skurcz targnął moim prawym udem, musiałem się zatrzymać, marzenia prysły. Zatrzymałem się, rozmasowałem, pobiegłem dalej, udało mi się pobiegnąć kilka km, dopadło mnie to samo, tylko w drugiej nodze… od tego momentu nie liczył się już dla mnie wynik – moim celem było dotrzeć do mety – wtedy nie wiedziałem, że dotarcie będzie tak bolało, nie wiedziałem, że o bieganiu nie będzie już mowy, a do mety pozostanie mi tylko człapanie – między 35-40km dystans 5km pokonałem w czasie… 40:13, był ból, były łzy, było zwątpienie, ale się nie poddałem, powiedziałem sobie, że muszę to ukończyć – doping kibiców był fantastyczny, czułem jakby to oni przenosili moje nogi, a nie ja. W pewnym momencie ból był taki silny, że w skłonie pozostawałem ponad 5 minut i nie mogłem się nawet wyprostować. Siły już dawno nie było, końcowe kilometry, a później metry pokonywałem tylko sercem… miałem ochotę dobiegnąć do mety i uściskać Walentego za jego wspaniały wynik – mimo, że nie znałem jego czasu, to wiedziałem, że będzie super!

11078171_795373210516800_6508608892026464522_n

200m… próbuję biegnąć, jednak nawet w tym momencie dopada mnie skurcz, staję 100m przed metą – już wiem, że udało mi się, targają mną uczucia, sam nie wiem czego, czuję się smutny, a jednocześnie dumny, że się nie poddałem.

Udało się, jestem na mecie!! – plan nie został wykonany – trudno, będzie to dla mnie kolejna lekcja. Coś nie zagrało – domyślam się co, będę nad tym pracował. ‚Nie uda się tym razem, to uda się następnym’. Jedno jest pewne, na pewno się nie poddam w walce, obiecuję!

Na mecie na każdego czekała woda i izotonic, następnie punkt, w którym oddawało się chipy, medale oraz stoisko ze świeżymi owocami oraz daktylami – muszę przyznać, że nigdy w życiu nie jadłem takich słodkich i przepysznych pomarańczy. Ledwo żywy udałem się po odbiór depozytu – gdzie spotkałem Walentego, gdy powiedziałem mi swój wynik – byłem wniebowzięty, mocno go uściskałem, byłem niesamowicie dumny!

10857168_795369457183842_2662839092707782942_o

W ramach upływu czasu powoli do naszej dwójki dochodziły pozostałe osoby, porobiliśmy sobie wspólnie kilka zdjęć z medalami, niektórzy zrobili sobie grawer ze swoim wynikiem, a było się czym chwalić! Wszyscy mieli wspaniałe wyniki, szczególnie nasi debiutanci! Tyle emocji! Następnie wspólnie paczką udaliśmy się w okolice mety, gdzie dobiegali ostatni zawodnicy – potańczyliśmy trochę przy muzyce, ubrani w barwy narodowe, a następnie udaliśmy się do knajpy ‚Bitter Wurst’ na świętowanie! 🙂

Marcin Dulnik – 03:02:57 – 957/15499
Walenty Bobla – 03:08:47 – 1337/15499
Tadeusz Kwaśniewski – 03:28:55 – 3743/15499
Antoni Stefański – 03:42:23 – 6015/15499
Dawid Martini – 03:45:19 – 6588/15499
Dariusz Niemiec – 04:01:13 – 9592/15499
Agnieszka Chwałek – 04:24:57 – 12580/15499
Rafał Olejnik – 04:55:02 – 14561/15499
Szymon Hopkowicz – 04:52:17 – 14430/15499

10865907_795371350516986_6083639450645137554_o

Piwo się lało, Sangria również, było mnóstwo uśmiechów, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że powrót na mieszkanie będzie taki ciężki – zejście po schodach, to była istna katorga… jedni szli tyłem, inni zjeżdżali po barierce – pomysłów było mnóstwo, najważniejsze to dostać się na dół, w końcu dotarliśmy do domu, położyliśmy się plackiem na łóżku i odpoczywaliśmy, co jakiś czas kto miał więcej siły to szedł się kąpać.

Wieczorem dołączył do nas Darek i wspólnie wybraliśmy się coś zjeść, ja miałem ochotę na pizzę – jednak źle trafiliśmy z wyborem lokalu – gotowe spody, niedobre dodatki – na szczęście mogliśmy obejrzeć drugą połowę meczu – Real – Levante, byliśmy już na maxa zmęczeni, więc wróciliśmy na nocleg, tym razem towarzyszył nam Darek, ponieważ nie chciało mu się wracać do siebie…

11076197_795371940516927_3402784176540787358_n

Winko, muzyka i do spania – rano do domu, ogarnęliśmy mieszkanie i udaliśmy się na lotnisko, odprawa trwała krótko, podczas, której spotkałem Karolinę, niestety nie udało mi się z nią spotkać przez cały weekend (brakło tego jednego dodatkowego dnia – nauka na przyszłość).

Zmęczeni wróciliśmy do Polski, do Modlina, z Warszawy ponownie udaliśmy się PolskimBusem do Katowic… jak to szybko zleciało…

Podsumowując, pod względem towarzyskim, wyjazd udany w 110%, była zabawa, był uśmiech, było wspaniale, pod względem sportowym było już zdecydowanie gorzej… całe szczęście, że innym udało się wykonać swoje założenia – z całego serca Wam gratuluję i dziękuję, że mogłem z Wami być i w tym uczestniczyć – mam nadzieję, że nasza sportowa rodzina ciągle będzie się powiększać i wspólnie będziemy mięli okazję cieszyć się z naszych sukcesów!

11077388_795369540517167_1606197299912102425_o

Jeszcze raz dziękuję za obecność! 🙂 Mam nadzieję, że Wam również się podobało – dołożyłem wszelkich starań abyście cali i zdrowi dotarli do i z Barcelony 🙂 Walenty, jesteś wielki!

Autor: Dawid Martini czyli Longer_7 – amator runner

Translate »