Suplementacja amatora

Suplementacja amatora

Temat o którym można byłoby napisać traktat wielkości encyklopedii a który i tak nie wyczerpałby tematu. U mnie bardzo mocno pojawił się nie tak dawno – w sumie można powiedzieć, że sprowokował go COVID-19. Przygoda z aktywnością sportową u mnie trwa już dziewiąty rok (czyli niedługo rocznica!). Przez bardzo długi czas moje treningi były bardzo spokojne, nie forsowałem organizmu więc nie uważałem dodatkowej suplementacji za konieczną. Szczerze mówiąc to podchodziłem do niej z dużą rezerwą bo kojarzyła mi się z „panami z siłowni”.

Tak było przez pierwsze lata ale potem… zacząłem biegać coraz dłuższe dystanse i w ich trakcie należało uzupełniać kalorie. Od kiedy moje nogi zaczęły pokonywać pierwsze półmaratony i maratony bardzo ostrożnie i w niewielkich dawkach zacząłem zaprzyjaźniać się z żelami energetycznymi (testowałem różne marki – od Nutrendu przez Ale do Honey Stinger czy GU Energy). Faktycznie sprawiały, że do maratonu podchodziłem z większą pewnością siebie (choć maksymalna ilość jaką zjadałem podczas 42,195 km to 3 żele). Do teraz zwykle gdy biegam długie dystanse oraz biegi ultra to mam żele ze sobą, choć w ultra preferuję sezamki, banany, coca-colę i lokalne specjały.

Mimo powolnego poprawiania wyników w dalszym ciągu byłem (i jestem!) całkowitym amatorem, który uprawia aktywność wyłącznie dla przyjemności a nie dla wyników. Zauważyłem jednak u siebie, że jestem w stanie dobrze przygotowywać się do zawodów… ale tylko pod warunkiem, że odbywają się jesienią. Niestety zwykle zima i wiosna to były okresy gdy mój „brzuch” był największy i skutecznie mnie spowalniał. Dopiero po przepracowanym lecie – w okolicach jesieni moja forma była najwyższa. Temat powtarzał się jak sinusoida i pokazywał mi, że nie ma żadnego progresu w moich działaniach – bo sytuacja i forma co roku powtarzają się. Doprowadziło to do niewielkiego zniechęcenia.

Ale… to co uderzyło we wszystko mi było mi znane to był lockdown związany z pandemią. Gdy zostałem na wiosnę z moim wielkim brzuchem i brakiem możliwości na poruszanie się swobodnie (w tym bieganie – po lesie i ulicy). Musiałem znaleźć jakąś alternatywę i rozpocząłem od treningów w domu – no bo nie pozostawało nic innego. Mamy teraz początek sierpnia a ja jestem w życiowej formie – wiem, że doskonale przepracowałem ten trudny dla wszystkich okres (może to była moja recepta, żeby nie zwariować). W lipcu pokonałem ponad 500 kilometrów, odbyłem 60 treningów na których spędziłem 54 godziny. Takie liczby robią na mnie wrażenie.

To jednak co bardzo mi pomogło to powoli wprowadzana odpowiednia suplementacja i dbanie o to, by nie było w moim organiźmie niedoborów. Jeszcze w marcu, po mocniejszych jednostkach aerobowych wykonywanych w domu zawsze spożywałem po treningu Elektrolity marki Plusssz, niedługo potem doszły kolejne musujące tabletki (które swoją drogą bardzo mi smakują) 100% Energy Complex – te zdarza mi się brać w okolicach drugiego treningu, gdy jestem już zmęczony po całym dniu pracy na Home Office z dwójką dzieci wrzeszczących mi za uszami.

Teraz dodatkowo wspomagam się również białkiem i BCAA – bo dwa treningi dziennie dla organizmu to już nie przelewki ale… czuję się lepiej niż kiedykolwiek!

Translate »