Gruzja jesienią na długi weekend!

Gruzja jesienią na długi weekend!

Rok temu mogliście na blogu przeczytać relację z naszego (mojego i żony) 24 godzinnego pobytu w stolicy Wielkiej Brytanii – Londynie. Co roku w listopadzie planujemy sobie krótki wyjazd (staramy się bez dzieci) z okazji naszej rocznicy. Tym razem udało nam się zawitać to niezwykłego i pięknego kraju – Gruzji, na kilka dni.

Przyznam szczerze, że ta destynacja chodziła mi po głowie już kilka lat i z lekką nutką zazdrości słuchałem opowieści znajomych, którzy już mieli okazję go odwiedzić. Bilety lotnicze udało nam się kupić w śmiesznie niskiej cenie. Za bilety powrotne dla dwóch osób na trasie Kraków-Kutaisi, jedynie z bagażem podręcznym zapłaciliśmy równo 304 złote (Wizz Air wraz z WDC) – 15-18.11.2019. Wychodzi taniej niż Pendolino z Bielska-Białej do Warszawy. Gdy tylko zabookowaliśmy lot zacząłem planować co też można byłoby robić w Gruzji w połowie listopada.

Pierwszym, co przyszło nam do głowy były rzecz jasna góry. Niestety z dwóch powodów zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Po pierwsze – trudno przewidzieć było pogodę a nie chcielibyśmy utknąć w jakiejś wiosce na dwa dni i nie móc wyjść na szlak. Po drugie – transport np. do Mestii komunikacją to praktycznie jeden dzień drogi a nasz cały pobyt w Gruzji to były ledwie 2,5 dnia. Nie mieliśmy po prostu czasu na taką przygodę i trzeba było to rozegrać trochę inaczej.

Szczerze powiedziawszy wiedzieliśmy o ograniczeniu czasowym więc musieliśmy zaplanować wszystko tak, by jak najwięcej zobaczyć, odpocząć a przez to mniej być „w trasie”. Ponieważ chcieliśmy, żeby wyjazd był mocno budżetowy noclegi zarezerwowałem z wyprzedzeniem za pośrednictwem Airbnb. Średni koszt jednego noclegu wyszedł nas około… 45 złotych. Najważniejsze przejazdy (z lotniska i na lotnisko) zarezerwowałem z wyprzedzeniem za pośrednictwe Georgian Busa (można się z nimi komunikować po polsku). Czas opowiedzieć po kolei jak było i co robiliśmy.

Po trzygodzinnym locie wylądowaliśmy na niewielkim lotnisku w Kutaisi. Niestety ze względu na różnice czasowe w Gruzji wylądowaliśmy tak, jakbyśmy lecieli 6 godzin. Czekała nas bardzo sprawna odprawa paszportowa (dostaliśmy po pieczątce!) a potem… mieliśmy czas by kupić kartę SIM (rejestrowaną na dowód osobisty). Pewnie nie zrobiliśmy najlepszego biznesu ale 5 GB internetu kosztowało nas 15 lari. Ponieważ rozmowy międzynarodowe są bardzo drogie bazowaliśmy na internecie jeśli chodzi o kontakt z polską „bazą” jak i np. do Google Maps czy wyszukiwania atrakcji. Internet w Gruzji mieliśmy bez problemu we wszystkich miejscach w jakich się znaleźliśmy. Potem udaliśmy się do busiku z biletami (bilety internetowe należało wymienić na „prawdziwe” na lotnisku) i ruszyliśmy w kierunku morza czarnego i Batumi. Za dwa bilety zapłaciliśmy 28 lari. Podróż trwała 2,5 godziny z czego 30 minut spędziliśmy na postoju przy sklepie gdzieś w połowie drogi. Można było napić się pierwszego gruzińskiego piwa (dało się płacić Revolutem) albo chociaż kupić wodę do picia.

Busik wysadził nas w samym centrum Batumi – chyba najbardziej popularnego nadmorskiego kurortu Gruzji, który wygląda trochę jak Las Vegas, trąci przepychem, cały czas się rozrasta i gdzie mocno czuć tureckie wpływy (granica z Turcją mieści się zaledwie 7 km od miasta). Z jednej strony spodziewałem się polskiego Mielna, ale to jednak nie było to samo. Pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji turystycznej gdzie przemiła Pani opowiedziała nam o atrakcjach, godzinach otwarcia itd. Potem wymieniliśmy w banku pieniądze (euro) na lari i udaliśmy się bezpośrednio do pierwszego noclegu, które mieściło się w ścisłym centrum (aczkolwiek nie było najwyższych lotów bo nawet w nocy karaluchy wyszły z odpływów by się z nami przywitać). Przepakowaliśmy się i ruszyliśmy w miasto. Musieliśmy z bliska zobaczyć Wieżę Alfabetu (robi wrażenia!), pomnik Ali & Nino (nie dotrwaliśmy bo za długo się zbliżali), niezbyt okazałą latarnię morską, kilka robiących wrażenie wieżowców…

Odpoczęliśmy na kamienistej plaży a ja nawet do kolan zanurzyłem się po raz pierwszy w życiu w morzu czarnym. Potem wybraliśmy się na spacer promenadą by ostatecznie trafić na pokaz tańczącycych fontann o godzinie 16:00. W międzyczasie zjedliśmy nasze pierwsze gruzińskie jedzenie. Po pokazie udaliśmy się do kolejki linowej Argo, którą udaliśmy się zobaczyć nocną panoramę miasta. Niestety nie jest to najtańsza atrakcja – 15 lari od osoby w obie strony. Kolejka jednak w trakcie długiej jazdy (ma ponad 2,5 kilometra) wynagradza wszystko. Na górze znajduje się punkt widokowy, restauracja i sklep z pamiątkami. Nocny widok był naprawdę cudowny i dopiero tam zdaliśmy sobie sprawę z tego, jak Batumi jest ogromne! W ogóle świetnym przeżyciem była jazda wagonikiem nad dachami domów – coś niecodziennego bo kolejki linowe zwykle kojarzę z górami.

Gdy zjechaliśmy z powrotem do centrum udaliśmy się, żeby zjeść gruzińskie chinkali i chaczapuri (płacąc Revolutem zapłaciłem 20 złotych za dwa dania i piwo). Przespacerowaliśmy się po centrum a potem kupiliśmy butelkę wina i udaliśmy się na nocleg.

Drugiego dnia, skoro świt (czyli przed 7:00), spakowaliśmy się i udaliśmy się na dworzec marszrutek, który mieści się nieco pomiędzy stacji dolnej kolejki Argo (jakieś 10 minut marszu od naszego mieszkania). Gdy tylko weszliśmy pomiędzy busy od razu kierowcy zapytali nas gdzie chcemy się udać i pokierowali do odpowiedniego busika. Tym razem zapłaciliśmy za dojazd z Batumi do Kutaisi za 10 lari od osoby. Wygodnym busem który uwaga… ruszył o czasie! W międzyczasie skorzystałem z publicznej toalety w stylu tureckim, na szczęście po pobycie na Ukrainie już mnie to w ogóle nie wzrusza.

Nieco ponad dwugodzinna podróż minęła nam bardzo szybko bo…nadrabialiśmy słabo przespaną noc. Dopiero gdzieś w okolicach lotniska Kutaisi obudzili nas miejscowi bo nie wiedzieli, czy nie udajemy się przypadkiem na samolot. Ostatecznie z busika wysiedliśmy w niezwykle tłocznym miejscu a w zasadzie głównym centrum przesiadkowym w Kutaisi – dworcu kolejowym Kutaisi II, na obrzeżach.

Wiedzieliśmy, że to nie było nasze miejsce docelowo. Po chwili na ogarnięcie się zapytałem jednego z kierowców i od razu trafiłem na marszrutkę do centrum, gdzie dojechaliśmy za 1 lari za osobę. Naszym pierwszym miejscem była informacja turystyczna gdzie na odmianę Pani wyraźnie zmęczona życiem i niezbyt skora do współpracy bardzo krótko zaznaczyła nam na mapie ciekawe miasta. Zaraz po wyjściu z marszrutki wydawało mi się, że (w porównaniu z Batumi) znalazłem się w kraju na innej części globu – Batumi nie robi dobrego pierwszego wrażenia.

Zaraz po wyjściu z informacji turystycznej udaliśmy się do muzeum sztuki gdzie bodajże za 2 lari od osoby udało nam się zwiedzić ciekawą (choć stosunkowo niewielką) kolekcję dzieł sztuki – głównie gruzińskich artystów. Potem udaliśmy się na targ (mieszczący się za muzeum), który jest zdecydowanie – przynajmniej moim zdaniem – najciekawszą atrakcję miasta. Jest duży, handluje tam naprawdę sporo osób i kupić można niemal wszystko.

My skupiliśmy się na tych bardziej turystycznych produktach (czyli nie kupowałem ani ziemniaków ani fasoli) ale… sypane herbaty (1 lari za czarkę), przepyszne wino (8 lari litr), przyprawy (po 1-2 lari za opakowanie), kiszone rzodkiewki, papryki czy pomidory (zapłaciłem 3 lari za woreczek), sery (tutaj było zdecydowanie drożej – około 8 lari za pół) i czurczhele (1,5 lari). Mieliśmy w krótkim czasie i pamiątki dla rodziny i sporo rzeczy do natychmiastowej konsumpcji.

Po wizycie na targu udaliśmy się do naszego noclegu, gdzie mieliśmy spędzić dwie noce. Nasi gospodarze byli w tym miejscu przeuroczy i poleciłbym to miejsce każdemu turyście. Jeśli jeszcze kiedyś będę zmuszony spać w Kutaisi to z pewnością udam się do nich – to tutaj: https://www.airbnb.pl/rooms/36739183. W przeciwieństwie do noclegu w Batumi to miejsce polecam z ręką na sercu – przy okazji jest w ścisłym centrum a po drodze pieką przepyszny chleb za 1 lari.

Po zostawieniu części bagaży poszliśmy na postój marszrutek za teatr Meskhishvili skąd pojechaliśmy busem w kierunku monastyru Gelati (znajdującego się na liście UNESCO). Droga trwała około 20 minut, zapłaciliśmy za podróż po 2 lari. Monastyr jest jak najbardziej wart zobaczenia. Przez długi czas monastyr był jednym z głównych kulturalnych i intelektualnych ośrodków w Gruzji. Znajdowała się w nim akademia, która skupiała gruzińskich naukowców, teologów i filozofów. Ponieważ była to sobota udało nam się trafić na ślub. Szybkie zwiedzanie monastyru bez przewodnika zajęło nam około 40 minut. Kierowca w marszrutce czekał na nas i odwiózł z powrotem do centrum miasta.

Stamtąd udaliśmy się do najbardziej znanego budynku Kutaisi – katedry Bagrati (przez most łańcuchowy nad rzeką Rioni). Droga wiodła pod górę ale była krótka. W katedrze odbywał się ślub za ślubem (było tłoczno i było mnóstwo samochodów). Sama katedra moim zdaniem jest zdecydowanie ciekawsza z zewnątrz niż wewnątrz. Była zakwalifikowana jako jeden z zabyytków UNESCO ale ktoś nadambitny dobudował do niej nowoczesną windę z lewej strony. Spod katedry jest bardzo ładny widok na całe miasto. Po jej zwiedzeniu i kilku zdjęciach poszliśmy pieszo do ogrodu botanicznego (ok. 10 minut marszu). Szczerze mówiąc nie było to nic fascynującego, ale jak za cenę biletu – 1 lari od osoby – nie można było narzekać. Jeśli akurat nie macie co robić w Kutaisi to można się tam wybrać.

Po zwiedzaniu poszliśmy do restauracji Baraqa, które serwuje bardzo dobre jedzenie w niezłych cenach (i jest bardzo popularna!). Zjedliśmy obiadokolację i udaliśmy się spać. Przez cały drugi dzień zastanawiałem się co zobaczyć w ostatnim dniu naszej wycieczki po Gruzji. Ostatecznie po pertraktacjach z kilkoma taksówkarzami umówiłem się na najdroższą usługę w trakcie naszego pobytu w Gruzji – 30 euro (za dwie osoby) za przejazd po: kanionie Okatse, kanionie Martvili i monastyrze Martvili. Pewnie dało się trochę zejść z ceny ale wiedziałem, że marszrutką i stopem tych trzech rzeczy nie uda nam się ogarnąć w jeden dzień. Kierowcę zamówiłem na 9:00 rano.

Z samego rana poszedłem do piekarni po świeży chleb, po śniadaniu mieliśmy chwilę żeby porozmawiać z gospodarzami i równo o 9:00 przyjechał 9 osobowy busik z kierowcą. Wtedy okazało się, że na wycieczce będziemy wyłącznie we dwójkę. Sympatyczny kierowca po rosyjsku (na szczęście rozmawiam „ciut-ciut”) opowiedział nam o fabryce samochodów, nowoczesnym i niefunkcjonującym acz bardzo drogim budynku parlamentu w Kutaisi i kilku innych miejscach. Zatrzymał się w sklepie a potem zawiózł nas pod kanion Okatse, który był naszym pierwszym punktem programu.

Za bilet wstępu zapłaciliśmy po 17 lari za osobę (czyli wcale nie mało). Cała trasa miała 7 kilometrów. Najpierw wiodła brukowaną ścieżką (przy wejściu kierowcy chcieli nas podwieźć ale nie mieliśmy takiego planu). Trasa była przecudna, wśród stosunkowo niskiej roślinności, z pięknymi widokami na wysokie, ośnieżone szczyty. Towarzyszyły nam psy i…świnie. Coś niesamowitego. Po 40 minutach marszu doszliśmy do kanionu, gdzie należało odbić bilet wstępu i wejść po długich schodach w dół na wiszące pomosty, które… co tu dużo mówić, były po prostu niesamowite. Wiem, że to jedna z tych oklepanych atrakcji ale widoki i samo doznanie chodzenia po metalowej siatce nad wysokim kanionem to naprawdę jednorazowe przeżycie. Po kilkuset metrach tego wspaniałego marszu doszliśmy do najbardziej znanej platformy widokowej. Tam odpoczęliśmy, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i ruszyliśmy w drogę powrotną. Całość wraz z kilkoma postojami zajęła nam nieco ponad trzy godziny ale mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że polecam to miejsce, bo jest naprawdę przecudnej urody!

Stamtąd nasz kierowca zawiózł nas do monastyru Martvili, który moim zdaniem był najpiękniejszy ze wszystkich kościołów, które mieliśmy okazję odwiedzić podczas wyjazdu. Był tam spokój, piękne freski wokół i naprawdę ładne widoki. Zwiedzanie zajęło nam około 50 minut – może godzinę.

Potem czekała nas krótka droga do kaniony Martvili. Szczerze mówiąc nie wiedzieliśmy czego się do końca spodziewać ale kanion Okatse i Martvili są całkowicie różne od siebie i warto zobaczyć oba! Po kupieniu biletów najpierw udaliśmy się w krótką trasę pieszą, która już na samym początku raduje oczy podestami widokowymi, potem należy przejść przez kilka mostów by udać się na ostatnią platformę. Trasa jest krótka i łatwo dostępna ale niezwykle urokliwa. Jest się na dole wysokiego kanionu, woda płynie wartko a jej kolor przypomina szmaragd. Przepiękne miejsce! Po prostu przepiękne.

Po trasie pieszej udaliśmy się do łódek (należy dodatkowo zapłacić za tę przyjemność). Spływ łodzią jest krótki bo trwa około 20 minut ale mimo tego jest (przynajmniej moim skromnym zdaniem) wart każdych pieniędzy. Dopiero tam można naprawdę „doświadczyć” kanionu Martvili. Ze względu na to, że była połowa listopada turystów nie było zbyt wielu a my mogliśmy cieszyć się każdą spędzoną tam chwilą. Całość zwiedzania zajęła nam około 1:20 minut. Potem kilka minut wśród straganów i wróciliśmy do samochodu którym udaliśmy się z powrotem do Kutaisi. Cały wyjazd trwał nieco ponad 7 godzin pełnych wspaniałych doświadczeń.

Poprosiliśmy kierowcę by wysadził nas w okolicach targu (gdzie kupiliśmy ostatnie pamiątki). a potem udaliśmy się do kolejki linowej, którą za 2 lari udaliśmy się na szczyt wzgórza – jechaliśmy nad rzeką. Na szczycie mieści się niewielkie, średnich lotów wesołe miasteczko z diabelskim młynem i kilkoma innymi atrakcjami. Ze względu na porywy wiatru (przez które dzień wcześniej kolejka była całkowicie zamknięta) początkowo nie chciano na zwieść na dół (wraz z drugą grupą turystów z Polski). Ostatecznie nam się jednak udało. Potem standardowo udaliśmy się na obiadokolację do restauracji Baraqa (ja miałem już dość dań z serem…), sklepu (gdzie kupiliśmy np. wagon papierosów po 8 zł/paczka) a następnie do naszego miejsca noclegu.

18.11.2019 rano podjechał po nas Georgian Bus (kupując bilet należy podać adres gdzie ma podjechać), udaliśmy się nim bezpośrednio na lotnisko w Kutaisi. Tam panował spory rozgardiasz bo w podobnym czasie wylatywały dwa samoloty do Polski – do Krakowa i Warszawy. Odprawa szła jednak sprawnie, choć bilety wydrukowane należało wymieniać przy Check-in`inie. Ceny na lotnisku są bardziej europejskie, najtańsza butelka wina to wydatek około 6 euro (na mieście około 6 lari). Ogólnie jednak było naszym zdaniem całkiem przyjemnie. Po trzech godzinach lotu zawitaliśmy z powrotem do Krakowa. Podczas całego wyjazdu w połowie listopada mieliśmy w trakcie dnia temperatury od 18-22 stopni choć ze względu na silny wiatr odczuwalna temperatura była nieco niższa.

Jak oceniam ten krótki acz intensywny wyjazd do Gruzji? Moim zdaniem była to jedna z moich najbardziej udanych wycieczek w życiu. Mimo tego, że mieliśmy tylko 2,5 dnia na zwiedzenia tego kraju poznałem i burżujskie Batumi nad morzem czarnym, i miasto Kutaisi, kilka kościołów i dwa przepiękne kaniony. Jednak co jeszcze ważniejsze – miałem okazję spróbować smaków, których próżno szukać w Polsce i poznać niezwykle otwartych na świat i turystów ludzi. Gruzja pozostaje dla mnie destynacją do której mam zamiar wrócić gdy tylko to możliwe, by poznać ten kraj jeszcze lepiej, tym razem najpewniej całą rodziną!

Translate »