Jebel Toubkal – 4167 m n.p.m. – czyli pierwszy etap marokańskiej przygody

Jebel Toubkal – 4167 m n.p.m. – czyli pierwszy etap marokańskiej przygody

O moim udziale w Ultra Trail Atlas Toubkal mogliście przeczytać już jakiś czas temu. Dzisiaj z kolei chciałem Wam opowiedzieć o pierwszych dniach, jakie spędziłem w Maroko – czyli wejściu na najwyższy szczyt Afryki Północnej, gór Atlasu Wysokiego i Maroka – czyli Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.).

Wylot do Maroka był zaplanowany głównie z myślą o starcie w biegu. Jednak przeglądając możliwe połączenia lotnicze i chcąc uczestniczyć w całym wydarzeniu musiałem do Marrakeszu lecieć już 1 października – a zawody odbywały się 4-8 października. Miałem więc w zasadzie 3 dni swobody. Wiedząc, że podczas biegu będą mnie czekały wysokości na których do tej pory nie biegałem (podczas pierwszego dnia na ponad 3250 m n.p.m.) uznałem, że lepiej niż zwiedzać Marrakesz będzie udać się od razu w góry, żeby choć trochę się zaklimatyzować. Oczywistym wyborem była próba zdobycia najwyższego z możliwych szczytów – czyli Jebel Toubkal.

Po przeczytaniu kilku informacji bez żadnego problemu zaplanowałem podróż. Nocleg znalazłem w serwisie booking.com – Riad Atlas Prestige mogę polecić z czystym sumieniem. Cena noclegu to 20 euro. W zamian otrzymujemy muła, który zaniesie nasz bagaż z centrum Imlil, czysty pokój z ciepłą wodą w toalecie, smaczne (acz niezbyt wyszukane) śniadanie, powitalną herbatę oraz cudowne widoki z tarasu! Udało mi się ustalić z właścicielem hotelu załatwienie taksówki z lotniska do Imlil i z powrotem. Za trasę w dwie strony zapłaciłem 60 euro (+ 40 euro za dwie noce). Noclegi w riadzie zaplanowałem na 1/2 oraz 3/4 października. Nocleg pomiędzy zarezerwowałem sobie w schronisku pod Toubkal (tym tanim). Właściciel riady nie robił żadnych problemów z tym, bym na czas wejścia na górę zostawił swój duży bagaż u niego – co było zdecydowanie najwygodniejszą opcją.

Do Maroka dostałem się tanimi liniami RyanAir bezpośrednim lotem z Krakowa, który trwała 4 godziny i 40 minut. Bilet wraz z nadawanym, 20 kg bagażem (jechałem na 8 dni, więc brałem ze sobą 80 litrowy plecak) wyniósł mnie ok. 950 złotych w dwie strony. Jako, że Maroko oczywiście nie leży w strefie Schengen już w Krakowie sprawdzano paszporty. Po przylocie na lotnisko Menara w Marrakeszu wszyscy pasażerowie naszego samolotu zostali skierowani bezpośrednio do odprawy paszportowo/wizowej. Należało wypełnić krótki dokument – trzeba było m.in. napisać jaki ma się zawód i gdzie będzie się nocowało podczas pobytu. To nie było zbyt uciążliwe w przeciwieństwie do długiej kolejki do celnika, który po zapoznaniu się z dokumentem i paszportem przybijał pieczątkę, wpisywał numer wizy i mogliśmy opuścić to miejsce i odebrać bagaż. Dalej czekały kantory (wymieniłem kilkadziesiąt euro na dirhamy), jeszcze jedno sprawdzanie bagażu i po… 2 godzinach od lądowania w końcu stanąłem przed lotniskiem (nota bene bardzo ładnym i całkowicie „europejskim”). Kolejka do odprawy miała jednak też swoje plusy. Poznałem w niej dwie młode czeszki, które również wybierały się do Imlil, ale nie miały transportu. Zaproponowałem im wspólną podróż zamówioną przeze mnie taksówką. Dzięki temu one nie musiały szukać transportu a ja byłem 20 euro do przodu.

Droga z Marrakeszu do Imlil zajęła nieco ponad 1,5 godziny. Na początku widoki były dość piaszczyste i monotonne jednak gdy zaczęliśmy się wspinać coraz wyżej i wyżej robiło się coraz bardziej fenomenalnie! Uderzyła mnie też surowość gór – skąpa roślinność i w zasadzie same kamienie o najróżniejszej wielkości. Kilkakrotnie mijaliśmy osuwiska skalne – taksówkarz opowiadał, że jeszcze kilka dni temu droga była całkowicie nieprzejezdna po lawinie skalnej, więc mamy szczęście.  Choć podobno służby są przygotowane na takie ewentualności więc starają się możliwie szybko usuwać osuwiska z drogi. Opowiadał też o sezonie na zbieranie orzechów włoskich i uczył nas jak mówić „dzień dobry” po berberyjsku. W końcu dojechaliśmy do Imlil, dziewczyny wysiadły w centrum a mnie kierowca podwiózł w okolice mostu, gdzie już czekał na mnie muł. Pożegnałem się z taksówkarzem, mój bagaż został umieszczony w koszach muła i ruszyliśmy drogą pod górę  – do riady.

Miejscowi już w tym momencie przypuścili na mnie pierwszy atak – jednak nie miałem wtedy zamiaru nic kupować. Doszedłem do riady, zameldowałem się, zostawiłem bagaż w pokoju i po wypiciu pierwszej w życiu berberyjskiej herbaty i przebraniu się ruszyłem z powrotem w dół by zobaczyć jak wygląda Imlil. Specjalnie nie chciałem od razu pchać się w góry tylko odpocząć.

Imlil mieści się na wysokości 1700 m n.p.m. Główna droga jest asfaltowa za to boczne nadają się tylko na pieszy marsz lub  muła. Przy głównej ulicy można kupić (lub pożyczyć) wszystko co niezbędne dla wycieczki górskiej – od butów, raków, plecaków po czapki i rękawiczki. Jest kilka sklepików z jedzeniem (ponieważ jest to kraj muzułmański to o alkoholu można zapomnieć), kilka restauracji i kawiarni oraz sklepiki z pamiątkami, gdzie należy mocno się targować. Najciekawsze pamiątki jakie można było kupić to piękne dywany, berberyjskie bluzy i czapki, chusty na szyję, kapcie i tadżiny. Ceny? Zależnie jak się człowiek potrafi dogadać. Ja za chusty płaciłem po 3 euro a za gliniany tadżin 2 euro. Ogólnie – na pewno jest taniej niż w Europie, no i dużo taniej niż na lotnisku. Jeden ze sprzedawców powiedział mi, że przez to, że mam drogi zegarek (Suunto 9) mam od razu na wstępie wyższe ceny i większe pole do targowania się. Przejście całej wioski (trzeba przez niemal całą drogę odmawiać, że się nie chce wszystkiego kupować) trwa dosłownie kilkanaście minut.

Za obiad (wegetariański tadżin) w restauracji przy głównej drodze zapłaciłem w jeden dzień 3,5 euro, w drugi 5 euro. Tubylcy namawiają także do wynajęcia ich jako przewodników na Toubkal, ale szczerze nie mam pojęcia ile coś takiego może kosztować.

Po napełnieniu żołądka i zakupie pamiątek spokojnie wróciłem do hotelu i zacząłem przygotowywać się do wyjścia do schroniska. Wiedziałem, że czeka mnie co najmniej ok. 15 kilometrów marszu pod górę a potem być może od razu atak szczytowy. Zapakowałem się w 20 litrowy plecak Thule Stir 20. Wziąłem do niego: śpiwór Cumulus X-Lite Zip 200, nakładki na buty, koszulkę z wełny merynosów RAB z długim rękawem, czołówkę Mactronic Freeq, bokserki i skarpety na zmianę, cienkie rękawiczki, chustę buff, ręcznik szybkoschnący i przybory higieniczne, kurtkę membranową Gore-Tex Marmot, dwa batoniki do przekąszenia, dokumenty i pieniądze oraz aparat fotograficzny. Ubrania, które przygotowałem sobie na drogę to: buty biegowe TNF Ultra GTX z membraną, koszulkę Devold z krótkim rękawem, kurtkę z ocieplaną ociepliną Helly Hansen, kijki trekkingowe Kohla Tirol oraz spodnie trekkingowe Fjallraven. Uznałem taki zestaw za optymalny i faktycznie podczas tych dwóch dni w okolicach szczytu ani przez moment niczego mi nie brakowało. Po ogarnięciu wszystkiego poszedłem spać.

Wstałem stosunkowo wcześnie, o godzinie 7:00 poszedłem zjeść śniadanie w riadzie a już godzinę później byłem gotowy do drogi. Zapytałem właściciela hotelu gdzie należy się kierować i ruszyłem w drogę. Mimo wczesnej pory było już ciepło, praktycznie całą drogę szedłem w krótkim rękawku. Na początku droga była bardzo szeroka i dość monotonna, trzeba było przejść przez górkę by pokazała się ostatnia wioska na szlaku. Potem Wychodziło się w zasadzie na początek szlaku. Najpierw szło się wzdłuż rzeki po dużych kamieniach, potem kilkaset metrów powoli w górę po to, by przywitał nasz napis informujący o tym, że właśnie wchodzimy do Parku Narodowego Toubkal.

Szlak w kierunku schroniska nie jest w żaden sposób oznaczony, ale nie da się zgubić – bo po prostu innego nie ma. Jeśli ktoś jednak miałby jakiekolwiek wątpliwości to… wystarczy podążać za kupami mułów, które znajdują się chyba na każdym metrze szlaku. Na początku drogi starałem się je omijać, potem jednak śladem miejscowych po prostu przestałem specjalnie zwracać na nie uwagę. Kamienista droga wiodła ciągle pod górę odsłaniając coraz to piękniejsze widoki. Po kilku kilometrach trafiłem na wioskę berberyjską z kilkoma sklepikami oraz kawiarniami a także wodospadem. Nie zatrzymywałem się, gdyż niczego nie potrzebowałem. Na szlaku z godziny na godzinę ruch był coraz większy, oprócz turystów wiele osób miejscowych wraz z mułami przewoziło różne dobra w obie strony (na wąskim szlaku momentami trzeba było przystawać, żeby kogoś przepuścić).

Szlak do schroniska jest bardzo przyjemny, wiedzie po zboczu pięknej doliny z rzeką, z obu stron okalają nas góry a przed nami widać w oddali ośnieżone, najwyższe szczyty tego pasma górskiego. Droga mijała mi dość sympatycznie, nie czułem zmęczenia. Sama trasa – co tu dużo mówić, nie jest zbyt wymagająca ani w żaden sposób niebezpieczna. Jedyne, co może nam się stać to gdy źle staniemy na luźny kamień i skręcimy nieodpowiednio stopę. Prócz tego nie ma się czego bać.

Po 3,5 godzinach marszu w końcu stanąłem tam, gdzie znajdują się schroniska. Na turystów czekają aż trzy z czego najdroższe to Les Mouflons, a najtańsze to to, które ja wybrałem – Refuge Tubkal (FAC od Casablanca). Schronisko jest nieogrzewane. Ceny są dość przystępne – za lunch, kolację, nocleg i śniadanie zapłaciłem łącznie 21 euro. Nocleg był w 28-osobowym nieogrzewanym pokoju na górze (w śpiworze nie było źle ani zimno). Jedzenie może nie powalało ale jak na warunki schroniskowe wszystko było zjadliwe. Sanitariaty – co tu dużo mówić, mocno schroniskowe, ale to przecież nie hotel 5-gwiazdkowy, trzeba sobie radzić. Przestrzeń wspólna z kominkiem była przytulna, nie było też żadnych problemów z zameldowaniem.

Po zjedzeniu lunchu zastanawiałem się, czy nie wybrać się od razu na szczyt ale… było już po 14, dowiedziałem się, że droga w dwie strony to ok. 5 godzin i że lepiej wybrać się rano. Nie byłem przekonany ale… nad górami zaczęły zbierać się ciemne chmury. Uznałem, że bezpieczniej będzie zostać w schronisku na wysokości 3200 m n.p.m. Na miejscu poznałem grupę kilku osób z Koszalina z którymi miło spędziłem czas.

Obudziłem się o godzinie 3:45. Nie chcąc obudzić innych osób, które spały ze mną w pokoju używając delikatnie światła czołówki ubrałem się, zapakowałem bagaż i poszedłem do toalety a potem na śniadanie (na słodko). Ok. 4:30 byłem gotowy do wyjścia. Wyszedłem na zewnątrz i zastała mnie (całkiem zresztą oczekiwanie) ciemność i mnóstwo gwiazd nad moją głową. Ja jednak nie wiedziałem, gdzie jest początek szlaku a nie chciałem błądzić po nocy. Chyba całkiem rozsądnie pomyślałem, że lepiej będzie poczekać na kogoś, kto też wybiera się na szczyt. Już 15 minut później dołączyłem do dwójki niemców, którzy mieli wynajętego przewodnika (jak się okazuje dobrze zrobiłem, bo sam w życiu bym po ciemku nie znalazł początku drogi).

Po wejściu po schodkach przeszliśmy kilkaset metrów, żeby… przekroczyć dość sporą rzekę. Przewodnik pomagał moim towarzyszom by przejść przez to miejsce, moim zdaniem jednak jeśli pewnie stawia się stopy to nie ma się czego bać. Pierwsze kilometry trasy były po bardzo dużych i niestety ale także śliskich kamieniach – nie dało się przez to iść zbyt szybko. Droga mijała nam spokojnie aczkolwiek było momentami stosunkowo stromo. Powyżej 3500 m n.p.m. warunki zaczęły robić się już typowo zimowe, stopniowo coraz mniej było kamieni a coraz więcej śniegu (który tak naprawdę był zbawienny). Mimo marszu po pewnym czasie zauważyłem, że robi się naprawdę zimno. Dodatkowo dojmujący wiatr sprawiał, że odczuwalna temperatura była zdecydowanie niższa od tej faktycznej. My powoli, krok za krokiem podążaliśmy do góry. W trakcie marszu miejsc potencjalnie niebezpiecznych było dosłownie kilka – tam można było się osunąć w dół. Jednak idąc ostrożnie nie było powodu do obaw. Tak naprawdę najbardziej niebezpieczne były te śliskie, mokre kamienie na początku drogi. Po ciemku droga dłużyła się, nikt nic nie mówił. Widzieliśmy tylko kilka świateł czołówek przed nami – to byli inni turyści. Za nami nikt nie świecił. Wyszliśmy na grań w idealnym momencie – trafiliśmy na wschód słońca! Po lewej stronie widzieliśmy w oddali szczyt góry, przed nami roztaczały się pierwsze promienie słońca i mgły pod nami. Słońce powoli zaczynało rozpromieniać szczyty a nam ukazały się niezapomniane, przecudowne widoki – i to z każdej strony. Od tego momentu aż na szczyt zatrzymywaliśmy się już bardzo często, by podziwiać wyjątkowej urody panoramę. W końcu o 7:45, po 3 godzinach marszu pod górę (ok. 1000 m przewyższenia na 7 km szlaku) w końcu stanąłem pod metalowym trójkątem – na wysokości 4167 m n.p.m. Byłem z siebie zadowolony a kolejne widoki sprawiały tylko, że morda coraz bardziej mi się cieszyła. Podziękowałem osobom, z którymi razem pokonywałem drogę i spędziłem na szczycie około 40 minut. Słońce świeciło, było lekko poniżej zera, lekki wiatr, niemal bezchmurne niebo, sporo śniegu. Było po prostu cudownie, a ja byłem zadowolony, że udało mi się osiągnąć pierwszy, wyznaczony cel. Podczas marszu mimo wysokości nie miałem jakichkolwiek oznak choroby górskiej (choć kilka osób z Koszalina miało – spotkaliśmy się gdy ja już schodziłem).

Zejście ze szczytu to była już czysta przyjemność, szczerze powiem, że momentami zdarzało mi się nawet podbiegać. Ostatecznie ze szczytu do schroniska doszedłem w 1 godzinę i 20 minut mijając sporo grup, które podążały pod górę. W trakcie dnia trasa była bardzo przyjemna.

Po powrocie, w schronisku wypiłem herbatę, zjadłem batonik i chwilę odpocząłem. Potem przebrałem przepoconą koszulkę i ruszyłem w drogę powrotną. Szybkim krokiem, w trzy godziny przeszedłem drogę z powrotem do riady w Imlil zatrzymując się na kawę we wspominanej już wiosce berberyjskiej. W riadzie przepakowałem się, okąpałem i zadowolony odpocząłem. Potem czekało mnie przepakowanie się. Już następnego poranka czekała na mnie taksówka do Marrakeszu z którego autobusem miałem dojechać od Ouikameden – biura zawodów Ultra Trail Atlas Toubkal.

Jebel Toubkal to idealny szczyt dla każdego, kto chce po raz pierwszy spróbować swoich sił w wyższych górach. Bardzo prosta logistyka – bezpośredni samolot do Marrakeszu, bezproblemowe dotarcie do Imlil z szeroką bazą noclegową. Następnie niezbyt wymagający trekking z pięknymi widokami. Nawet oferta schroniskowa była nadspodziewanie bogata. Potem kilka kilometrów solidnego marszu pod górę na szczyt (prawie w ogóle nietechnicznego) sprawiają, że to szczyt osiągalny nawet dla turystów, którzy nie mają jeszcze dużego doświadczenia górskiego. Jeśli chcesz zdobyć swój pierwszy czterotysięcznik – to jest szczyt dla siebie.

Ja na Jebel Toubkal stanąłem 3 października i jak mogliście przeczytać, powyżej 3500 m n.p.m. było już sporo śniegu. Najprościej na górę dostać się pomiędzy majem a końcem sierpnia – wtedy warunki są najłatwiejsze.

Translate »