Londyn w 24h – pomysł na wycieczkę bez brania urlopu

Londyn w 24h – pomysł na wycieczkę bez brania urlopu

Wraz z żoną z okazji walentynek (bo każdy pretekst jest dobry do podróży) zorganizowaliśmy sobie krótki wyjazd do stolicy Wielkiej Brytanii (jeszcze przed Brexitem). Chciałem podzielić się z Wami krótką relacją a może i zainspirować do podobnego wyjazdu. 🙂

Podróż nie odbyłaby się, gdyby teściowie nie zaopiekowali się dwójką naszych dzieci oraz psem – chwała im za to! My z naszej strony znaleźliśmy bardzo tanie bilety lotnicze, dodając do tego voucher rabatowy za bilety Wizzairem  z bagażem podręcznym dla dwóch osób w dwie strony zapłaciliśmy… 113.40 zł. To kwota za którą trudno byłoby kupić bilet w jedną stronę Pendolino z Katowic do Warszawy.

W sobotę obudziliśmy się wcześnie rano i pojechaliśmy na lotnisko Katowice-Pyrzowice skąd o 6:25 rano wylecieliśmy na lotnisko Londyn-Luton. Po wylądowaniu czekała nas krótka odprawa celna (nieco nas zestresowała, bo mieliśmy wykupioną miejscówkę w autobusie do centrum miasta na konkretną godzinę). Niestety, gdy dotarliśmy do autobusu był on już pełen i musieliśmy (na sporym wietrze) czekać na kolejny. Bilety na autobus kupiliśmy z wyprzedzeniem, dzięki temu powrotny bilet dla dwóch osób kosztował nas równo 30 funtów (kupując na miejscu jest sporo drożej). Wybraliśmy autobusy National Express właśnie ze względu na najniższą cenę. Podróż do centrum trwała nieco ponad godzinę przy czym należy wspomnieć, że sam autobus był komfortowy i posiadał nawet gniazdka USB do ładowania telefonu komórkowego.

Wysiedliśmy na przystanku Victoria skąd rozpoczęliśmy naszą krótka wycieczkę od… sklepu z pamiątkami (gdzie nic nie kupiliśmy) a następnie zrobienia sobie zdjęcia w czerwonej budce telefonicznej. Pierwszym prawdziwym punktem programu była galeria The Queens Gallery z boku pałacu Buckingham.

Byliśmy przygotowani na to, że Londyn nie należy do miejsc tanich i nawet pojedyncza wejściówka może zrujnować nasz budżet, dlatego wykupiliśmy z wyprzedzeniem również jednodniową kartę London Pass umożliwiającą zwiedzanie ponad 80 atrakcji Londynu a także np. pozwalającą na jazdę autobusami Hop-On Hop-Off. W galerii użyliśmy jej po raz pierwszy.

Ekspozycja dotyczyła koligacji monarchii brytyjskiej z rosyjskimi carami i robiła wrażenie przepychem i kunsztem. Po zwiedzeniu jej poszliśmy przed pałac Buckingham gdzie… było bardzo tłoczno. Po zrobieniu kilku obowiązkowych zdjęć udaliśmy się spokojnym spacerem wzdłuż St. James’s Park w stronę najbardziej obleganych atrakcji miasta.

Obejrzeliśmy z zewnątrz imponujący drobiazgowością budynek parlamentu brytyjskiego, by następnie stanąć w kolejce do opactwa Westminster. Po odstaniu około 20 minut udało się nam wejść. Przyznać trzeba, że budynek wewnątrz robi wrażenie (z ciekawostek: nieświadomie zdeptaliśmy płytę upamiętniającą Darwina), wielka szkoda jednak, że nie można tam robić zdjęć (również bez lampy). I faktycznie jest to restrykcyjnie pilnowane. Na ten punkt programu trzeba sobie przeznaczyć co najmniej godzinę a lepiej nieco więcej. Na pewno jest to jedna z atrakcji, których nie można przeoczyć!

Po zwiedzaniu Westminster poszliśmy by zobaczyć z bliska kultowy Big Ben… który niestety jest aktualnie w remoncie…i odsłonięty jest tylko sam zegar. Szkoda. Mimo tego na moście przed nim mrowie ludzi chodzi, robi sobie zdjęcia, jest gwarno i głośno. My prosto stamtąd udaliśmy się na przystań obok (Westminster Pier) skąd wybraliśmy się na 50 minutową wycieczkę łodzią po Tamizie. Statek był poziomowy – na dole była osłonięta, ciepła część z bufetem a na górze można było usiąść w części odsłoniętej. Podczas podróży załoga statku opowiadała o mijanych atrakcjach – rejs będę na pewno miło wspominał szczególnie, że jego punktem kulminacyjnym było zobaczenia z bliska perełki Londynu – Tower Bridge! Na przystani nieopodal Tower of London wysiedliśmy.

Kolejnym punktem programu był właśnie wspomniany Tower of London. Średniowieczny zamek o burzliwej historii. Po wejściu przez bramę robi kolosalne wrażenie – kilka rzędów murów, wieże, na środku biały, kilkukondygnacyjny budynek. Wewnątrz dziedzińca latające kruki (które są strażnikami zamku). Same ekspozycje bardzo interesujące. Duża ekspozycja średniowiecznego oręża (z końmi naturalnej wielkości), można było zobaczyć największą i najmniejszą zbroję rycerską na świecie (wpisaną do księgi rekordów Guinnessa). Było również sporo elementów interaktywnych – spróbowałem swoich sił na wirtualnym koniu, strzeliłem z armaty i łuku – super sprawa! Dla nas najważniejszym miejscem była jednak ekspozycja bezcennych klejnotów koronnych. Szczerze muszę przyznać, że zwykle błyskotki nie robią na mnie wrażenia ale to co zobaczyliśmy, było po prostu przecudowne. Moja żona, która lubi błyskotki była w siódmym niebie!

Po zwiedzeniu Tower of London (zajęło nam to ok. 2,5h) poszliśmy zwiedzić most zwodzony. Ekspozycja sama w sobie jest ciekawa ale gwoździem programu jest możliwość przespacerowania się po górnej kondygnacji – bezpośrednio nad drogą. Spora część podłogi jest tam wykonana ze szkła stąd widok jest absolutnie piorunujący (choć niektórzy przechodzili tamtędy nieco bojaźliwie). My bawiliśmy się przednio! Ostatnim elementem zwiedzania jest możliwość odwiedzenia maszynowni i zobaczenia na własne oczy maszyn parowych, które pracowały żeby most mógł funkcjonować. Można było również dowiedzieć się sporo ciekawostek – np. że tygodniowo na działanie mostu zużywano 20 ton węgla!

Ostatnim punktem programu z wykorzystaniem London Pass było odwiedzenie jednego z najwyższych budynków w Europie – drapacza chmur The Shard (306 m wysokości). Z Tower Bridge jest to zaledwie około 10 minut spokojnym marszem. Mieliśmy nadzieję obejrzeć Londyn nocą z całkiem nowej perspektywy. Niestety atrakcję mocno psuje czas oczekiwania na wejście – musieliśmy stać w czterech kolejkach, co łącznie dało niemal godzinę czekania. Ostatecznie jednak wjechaliśmy dwoma windami na 68 piętro, dwa kolejne pokonaliśmy po schodach i znaleźliśmy się na niemal samej górze. z 70 piętra, nocą Londyn zapierał dech. Niezależnie w którą stronę by się patrzyło – miasto nie miało końca i błyskało milionami światełek – coś pięknego. Po około 30 minutach zachwycania się widokami zjechaliśmy i spacerem udaliśmy się w miejsce, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg.

Po drodze znaleźliśmy typowy, angielski bar – The White Hart, gdzie zdecydowaliśmy się wypić po piwie (za 4,25 funta). Po chwili okazało się, że to miejsce ma swoją sławną historię. To właśnie w tym barze swojego ostatniego drinka piła pierwsza ofiara sławnego Kuby Rozpruwacza. Jak się okazało uliczka (czy też zaułek) gdzie dokonał on swojej pierwszej zbrodni jest zaraz obok baru. Po wypiciu piwa przespacerowaliśmy się tamtędy (a widzieliśmy również zorganizowaną wycieczkę). Ten punkt nie był zaplanowany a był zdecydowanie wart przeżycia!

Dosłownie kilka kroków dalej rozpoczynała się ulica przy której mieliśmy nocleg (zarezerwowany na AirBnB za niecałe 200 złotych) – Brick Lane. W godzinach wieczornych – było między 21/22 czasu londyńskiego tętniąca życiem, zapachami i nieco natarczywymi naganiaczami. Znaleźliśmy się w trochę innym świecie – dzielnicy muzułmańskiej. Przeszliśmy się wzdłuż sklepików i restauracji pakistańskich, tureckich i wielu innych. Ostatecznie zdecydowaliśmy się coś przekąsić w restauracji z kuchnią Bangladeszu i poszliśmy odpocząć.

Następnego dnia rano zjedliśmy śniadanie (kupione dzień wcześniej w sklepie) i poszliśmy na stację metra gdzie za… 4.90 funta (pojedynczy przejazd dla jednej osoby) kupiliśmy bilety i pojechaliśmy z powrotem na stację Victoria. Tym razem w sklepie z pamiątkami zaopatrzyliśmy się w magnesy i drobne pamiątki dla dzieci, potem poszwędaliśmy się w okolicach Buckingham i dworca Victoria by o 11:30 wyjechać autobusem z powrotem na Luton. W Katowicach wylądowaliśmy w niedzielę o godzinie 17:50.

Teraz czas na krótkie podsumowanie, nie licząc London Pass, za całość (bilety lotnicze, bilety autobusowe, nocleg, jedzenie, pamiątki – po prostu wszystko) wydaliśmy około 700 złotych w dwójkę. Wydaje mi się, że to racjonalna kwota a jeśli ktoś by dobrze pokombinował może odbyć podobną wycieczkę jeszcze taniej. Nie kupując London Pass również jest co robić, bo Londyn to wielkie miasto i posiada np. wiele galerii z darmowym wejściem.

Jeśli chodzi o podsumowanie London Pass to również się opłaca. 1-dniowy kosztuje 75 funtów. Niby dużo ale podliczając atrakcje, które udało nam się odwiedzić w jeden dzień:

  • Queen Gallery – 13,5 funta
  • Opactwo Westminster – 20 funtów
  • River Cruise – 18.75 funta
  • Tower of London – 28 funtów
  • Tower Bridge – 9 funtów
  • The Shard – 32 funty

za bilety wstępu zapłacilibyśmy dokładnie 121,25 funta za osobę (a doliczając bus Hop-On Hop-Off z którego mogliśmy skorzystać gdybyśmy chcieli, wyszłoby ponad 150 funtów!). Wychodzi więc jasno, że jeśli ktoś chce poświęcić dzień na zwiedzanie to z pewnością warto zaopatrzyć się w kartę London Pass bo można zaoszczędzić nawet połowę (a jeszcze korzystniej wychodzi kupno karty na dwa, trzy, sześć lub nawet 10 dni – zależnie kto ile czasu chce i może poświęcić na zwiedzanie).

Od dawna wraz z żoną chcieliśmy zobaczyć Londyn i mimo, że nasza wycieczka była bardzo szybka – weekendowa i udało nam się zobaczyć jedynie ułamek tego, co miasto ma do zaoferowania jesteśmy bardzo zadowoleni z wyjazdu! Na pewno odwiedziliśmy kilka najważniejszych atrakcji a znaleźliśmy również kilka smaczków. Było świetnie, niezależnie, że był to luty 🙂

Translate »