Rodzinnie w góry – na Halę Kondratową! (1333 m n.p.m.) [Tatry]

Rodzinnie w góry – na Halę Kondratową! (1333 m n.p.m.) [Tatry]

Kilka dni temu opisywałem nasz pierwszy rodzinny dzień w Tatrach – gdzie wyjechaliśmy na Kasprowy Wierch a potem zdobyliśmy Nosal – możecie przeczytać tekst TUTAJ. Ten pierwszy dzień, z idealną pogodą był jednak przecież tylko preludium do naszego urlopu w Tatrach. Dzisiaj chciałbym opisać drugi dzień. Zdecydowaliśmy się na wycieczkę na Halę Kondratową z Kuźnic.

Tak jak poprzedniego samochód zaparkowaliśmy przy ulicy Bronisława Czecha (to ta, która z ronda prowadzi w stronę Wielkiej Krokwi). Należy pamiętać, że przynajmniej na razie miejsca parkingowe po stronie stadionu lekkoatletycznego i ścieżki rowerowej są BEZPŁATNE! Tym razem nie mieliśmy jednak tyle szczęścia i żaden busik do Kuźnic nie jechał… z braku laku wybraliśmy busik – taksówkę (zapłaciliśmy 5 zł od osoby). Gdybyśmy byli sami z żoną pewnie tę trasę pokonalibyśmy pieszo ale z dziećmi każdy kilometr ma znaczenie.

Gdy wysiedliśmy w Kuźnicach najpierw podeszliśmy do mapy, to nasz stały punkt programu by pokazać Tymonowi gdzie i jakimi kolorami szlaków pójdzie (zawsze go to ciekawi). Potem skręciliśmy w lewo i po kilkudziesięciu metrach po prawej stronie rozpoczynał się nasz niebieski szlak nazywany Drogą Brata Alberta. Po przejściu wzdłuż bufetów można albo iść prosto przez kasę TPN zielonym szlakiem (to dla tych, którzy chcą zdobyć Kasprowy Wierch na nogach) albo iść z drogą bardziej w prawo, przez most i kierować się w kierunku Hali Kondratowej.

Sam początek trasy dla dzieci może być niesamowicie fascynujący. To dlatego, że bezpośrednio nad szlakiem poruszają się wagoniki kolejki PKL na Kasprowy Wierch. My już tam musieliśmy zrobić sobie chwilę, żeby pomachać turystom w wagoniku i sprawdzić jaki numerek ma wagonik.

Po około kilometrze (licząc od początku trasy) niezbyt przyjemnego szlaku – który może i jest szeroki ale wiedzie cały czas leciutko pod górkę i… po wielkich, bardzo niewygodnych kamieniach (z wózkiem dziecięcym raczej bym tej trasy nie polecał) – trafiliśmy na bramę po lewej strony. Był to klasztor Albertynek oraz Pustelnia Brata Alberta. Oczywiście nie przegapiliśmy okazji na te kilkanaście minut zeszliśmy ze szlaku, żeby obejrzeć kaplicę i pustelnię.

Jeśli ktoś byłby chętny to od tamtego miejsca zaczyna się żółty szlak (po prawej stronie drogi), który zaprowadzi do innego miejsca dla zakonników – klasztoru Albertynów na Śpiącej Górze. To jednak nie było naszym celem więc poszliśmy dalej. Kilkaset metrów za klasztorem mieści się kasa biletowa TPN (gdzie pokazaliśmy nasze bilety tygodniowe), Tymon przybił też obowiązkowo pieczątkę w swojej książeczce GOT PTTK.

Zaraz za kasą szlak rozwidla się. Myśląc o punkcie docelowym nie ma żadnego znaczenia, który wybierzemy. Prawy prowadzi po prostu przez Hotel Górski Kalatówki, a lewy poniżej polany Kalatówki. My wybraliśmy dolny i chyba był to dobry wybór bo na trasie było praktycznie pusto. Szlak w tej części jest praktycznie płaski, wygodny (choć trzeba uważać na wystające korzenie). Po chwili wychodzimy na wspomnianą przez chwilę polanę. To niezwykle urokliwe miejsce, gdzie znajduje się kilka rozrzuconych szałasów. Jest pięknie, jedynym elementem psującym widoki jest Hotel. Po chwili na robienie zdjęć ruszyliśmy dalej by po chwili wrócić do szlaku w lesie – za polana oba rozgałęzienia szlaków znowu się łączą.

Trasa początkowo dalej jest przyjemna i szeroka ale… najpierw robi się dość mokro a trochę dalej (przypominam – byliśmy dokładnie 19 maja 2020 roku). okazuje się, że na całej szerokości szlaku zalega śnieg. Początkowo staramy się iść po prostu bokiem, choć nie we wszystkich miejscach jest taka możliwość. Ostatecznie po prostu powoli poruszamy się do przodu. Oczywiście śnieg to nie lada gratka dla naszego sześciolatka, który kijkiem trekkingowym robił w nim dziury, malował buźki i wiele innych rzeczy. W lecie ta część trasy jest łatwa do pokonania – wiosną, może być jak widać różnie.

Po śniegu idziemy już praktycznie aż na początek Hali Kondratowej. Tam gdzie kończy się las, kończy się śnieg, wychodzimy na Halę i naszym oczom ukazują się przepiękne tatrzańskie krajobrazy! Czeka nas jeszcze kilkadziesiąt kamienistych metrów aż w końcu dochodzimy do niewielkiego, acz niezwykle urokliwego schroniska na Hali Kondratowej (1333 m n.p.m.). To miejsce doskonale znane osobom, które zdobywały Giewont. Nasze plany są jednak zgoła inne. Rozłożyliśmy sobie nasz pled i podziwiając widoki odpoczywaliśmy.

Ze względu na pandemię schronisko działało wyłącznie jako bufet na wynos – my kupiliśmy zupę pomidorową i pierogi z jagodami (były przepyszne!) – dzieci się zajadały jak rzadko). W sumie przy schronisku spędziliśmy dość długi kawał czasu. Pogoda była piękna, niebieskie niebo z białymi chmurami, ciepło – po prostu bajkowo.

Przed rozpoczęciem drogi powrotnej poszliśmy jeszcze nieco wyżej by zrobić kilka zdjęć, Tymon zebrał kolejną pieczątkę w schronisku i niespiesznie ruszyliśmy tym samym niebieskim szlakiem w drogę powrotną. Tym razem jednak na rozdrożu przed Polaną Kalatówki skręciliśmy w stronę Hotelu. Musieliśmy pokonać kilka metrów pod górę ale przysięgam – było warto. Przy hotelu w zasadzie nikogo nie było ale widok stamtąd również zasługuje na pięć gwiazdek. Usiedliśmy odpocząć na ławce (kupiliśmy sobie też po lodzie w bufecie) by potem ruszyć dalej szlakiem (za hotelem). Ten jednak znowu był szeroki ale kamienisty i bardzo niewygodny (także dla Tymona, który już na koniec momentami trochę marudził). Po tych kamieniach wróciliśmy do Kuźnic.

Cała trasa wg portalu mapa-turystyczna.pl to 7 km, mój zegarek Suunto wskazał 8 km i 349 metrów przewyższenia. W okresie gdy na szlaku może zalegać śnieg polecam go rodzinom z dziećmi od 4-5 lat. W lecie nawet młodszym. Droga nie jest wymagająca ani niebezpieczna nawet przez moment. Widoki z Kalatówek i spod schroniska są urzekające.  Zresztą schronisko to dobry „punkt docelowy” i możliwość nagrodzenia dzieci w trakcie wycieczki. Trasa z dziećmi to około 3-4 godziny spokojnego marszu.

Translate »