LIZARD Sandały CREEK IV

LIZARD Sandały CREEK IV

Lato w pełni. Pogoda za oknem sprawia, że gdy tylko mogę (czyli wszędzie oprócz pracy) chodzę w sandałach – chyba nie muszę wspominać dlaczego. Na blogu w tym roku mogliście już przeczytać od dwóch modelach marki Teva, w przygotowaniu jest test ultranowoczesnych Keen Evofit One a w międzyczasie mam dla Was coś jeszcze – test bestsellerowych sandałów Lizard Creek IV.

Markę Lizard poznałem już lata temu, kiedy pracowałem w jednym ze (stosunkowo dobrze znanych) outdoorowych sklepów internetowych. Mieliśmy właśnie na stanie ponadczasowe Creeki, które całkiem nieźle się sprzedawały. Wtedy niespecjalnie wiedziałem dlaczego, zresztą cena jak dla studenta i tak była zaporowa.

Lizard to włoska firma powstała w 1992 roku, która swoje sandały tworzy w manufakturze w Trydencie (Dolomity) i najprawdopodobniej jest dumna ze swojego pochodzenia. Na wewnętrznej stronie podeszwy można przeczytać „Well Made in Italy” a z boku znaleźć rozmiar obuwia oraz napis „Made in Italy Trento”. To, że nie są to kolejne buty z napisem „Made in China” należy odnotować za atut tego modelu – w końcu mamy tutaj do czynienia z europejską produkcją. Co ważne – bardzo dobrą jakościowo co widać na pierwszy rzut oka i czuć na każdym kroku.

Z sandałami Creek IV znamy się od około miesiąca. Gdy paczka z tymi butami dotarła do mnie byłem bardzo podekscytowany – ponieważ miałem do czynienia z wieloma modelami sandałów i ogólnie lubię użytkować ten rodzaj obuwia jestem co do niego bardzo wymagający. Po wzięciu sandała do ręki przyjrzałem mu się dokładnie i wiedziałem, że albo od razu je pokocham albo znienawidzę.

Lizard Creek IV to sandały uniseks – to znaczy, że ten sam wariant kolorystyczny dostaniemy w rozmiarze 36 jak i 47. Dodatkowo można wybierać w wersjach, bo kolorów pasków do wyboru jest sporo (na stronie polskiego dystrybutora aż sześć). Niezależnie więc czy ktoś lubi stonowany szary kolor czy też mocniejszy i bardziej wyrazisty wzór to znajdzie model odpowiedni dla siebie.

Niestandardowo opis tych butów rozpocznę od podeszwy zewnętrznej, która od razu zrobiła na mnie dobre wrażenie i która odróżnia te buty od innych, które posiadam. Cała podeszwa jest w kształt malutkich „fal” ułożonych w ciasnych rzędach. Nie jest to outdoorowy bieżnik, raczej miejsko/biwakowo/wycieczkowy. Podeszwa została wykonana przez światowego potentata – Vibram, specjalnie na zlecenie Lizarda. Wbrew pozorom przyczepność podeszwy jest nad wyraz dobra. Świetnie sprawia się na utwardzonej drodze (nawet mokrej), piasku, ale także śliskich kamieniach. Ponieważ Creek IV to buty, które mają dobrze sprawdzać się w wodzie trudno mi sobie wyobrazić lepszą podeszwę – podczas wycieczek z dzieckiem często zatrzymujemy się przy zbiornikach wodnych czy rzekach. Sandały zapewniają doskonałą przyczepność podczas zabawy i brodzenia w wodzie po mokrych kamieniach, żwirze czy piasku – dlatego ten model jest idealny na naprawdę gorące dni.

Korzystam z sandałów dopiero około miesiąca stąd jeszcze wiele przed nami. Na ten moment oprócz wspomnianego zastosowania chodziłem w nich na co dzień, zabrałem je ze sobą na chatkę studencką gdzie świetnie sprawdziły się jako obuwie zmienne i „okołochatkowe”. Prócz tego wraz z synem spędzaliśmy wielokrotnie czas nad wodą – wszędzie tam z sandałów byłem bardzo zadowolony.

Śródpodeszwa została wykonana z poliuretanu, co stanowi alternatywę dla znanej z większości butów i sandałów pianki EVA. Poliuretan jest niewiele cięższy, zapewnia podobny poziom amortyzacji ale z drugiej strony nie ubija się tak szybko i jest po prostu bardziej wytrzymały. Można to uznać za atut tego modelu z tego względu, że są po prostu bardziej długowieczne.

Wewnętrzna część podeszwy opisana jest jako „Wet Grip & Quick Dry”, w tylnej części dodatkowo naniesione są kropelki wody co jednoznacznie wskazuje na to, do czego te buty zostały stworzone. Wyściółka została wykonana z mieszanki mikrofibry i poliuretanu. Muszę przyznać, że materiał jest bardzo miękki i przyjemny. Gdy stopa zostaje umieszczona w sandale po prostu czuć, że jest to produkt wysokiej jakości, gdzie komfort miał odgrywać istotną rolę. Z drugiej strony zbyt krótko użytkuję model by móc się wypowiedzieć na temat trwałości takiego rozwiązania, istnieje obawa, że ta „miła w dotyku warstwa” zacznie się po prostu z czasem wycierać i przestanie być tak przyjemna.Po zabawie np. na Wodnym Placu Zabaw, po całkowitym zanurzeniu w wodzie sandały w temperaturze otoczenia około 30 stopni celsjusza wysychają po około 30 minutach (podeszwa wewnętrzna oraz paski) – co trzeba uznać, za bardzo dobry rezultat. Jeśli tylko nieco się zmoczą np. podczas brodzenia przy brzegu tempo jest jeszcze szybsze. Wewnętrzna część podeszwy jest dość mocno profilowana (zdecydowanie bardziej niż chociażby w moich Tevach). Wyraźnie czuć gdzie znajdują się miejsca na palce, gdzie powinno znaleźć się podbicie czy pięta. Dzięki anatomicznej konstrukcji tego elementu sandały rewelacyjnie współgrają ze stopą. Od przodu podeszwa jest tylko delikatnie podniesiona (co ma zapewnić pewną ochroną palców) jednak z tyłu można bez problemu zauważyć, że podeszwa jest podwyższona aż o około 1 cm – zapewnia więc solidną ochronę pięty oraz zapewnia wygodę i stabilizację. Nie spodziewałem się aż tak przemyślanej konstrukcji tego elementu i przyznam, że bardzo mi to odpowiada. Drop sandałów to 0 mm można więc powiedzieć, że wzmacniają one mięśnie i dbają o naturalny i zdrowy chód (tak jakby chodzić w bosych stopach). Kiedyś lubiłem mieć sporą różnicę, teraz doceniam gdy jest „płasko i naturalnie”.

Konstrukcja pasków jest absolutnie tradycyjna dla sandałów turystycznych. Mamy tutaj trzy główne paski (za palcami, nad kostką i piętą). Są ze sobą spięte za pomocą trójkątnych elementów z tworzywa sztucznego pod podeszwą zaś nie są klejone a po prostu poprowadzone, co również ma wpływ na długowieczność tego modelu. Przyznam, że paski w porównaniu z innymi sandałami, które posiadam są stosunkowo wąskie (wszystkie mają dokładnie 20 mm szerokości, choć są wersje z 25 mm paskiem) i dość cienkie. Po pierwszym założeniu sandałów trzeba je dobrze wyregulować. Zauważyłem, że każdy z pasków powinien stosunkowo mocno oplatać stopę, w innym przypadku podczas chodzenia w sandale stopa zaczyna zjeżdzać do przodu i palce są w stanie wylądować po za obrębem sandała. Jednak po odpowiedniej regulacji nie ma o tym rzeczywiście mowy, gdyż ustawienie trzech pasków sprawia, że stopa jest dobrze utrzymywana w sandale.

Przedni pasek za palcami na całej długości od strony wewnętrznej posiada rzep Velcro dlatego jest nieco grubszy i twardszy. Można go ustawić „raz a dobrze”. Nie jest również za długi. Duży plus dla tego modelu należy się za możliwość regulacji paska za piętą (co wcale nie należy do standardu wśród sandałów tego typu). Tutaj regulacja przebiega w ten sam sposób co paska przedniego i pozwala precyzyjniej dopasować stopę do sandała. Dodatkowo z tyłu znajduje się naszyte spore logo marki Lizard  (2×4 cm). Długość paska również jest adekwatna. Logo marki a raczej gumową metkę z logiem można znaleźć też w okolicach łączenia w okolicach zewnętrznej kostki, metka jest na tyle wąska, że absolutnie w niczym nie przeszkadza. Główny pasek (czyli ten nad kostką), którego używamy za każdym razem chcąc włożyć lub ściągnąć buty przynajmniej jak na moje potrzeby jest nieco za długi (ma aż 34 centymetry). Myślę jednak, że osoby o nieco grubszych nogach mogą potraktować to jako atut. Długość tak naprawdę w niczym nie przeszkadza, ponieważ gdy już się zapnie rzep to nie widać, by był wyraźnie odstawał.

Teraz chciałbym opisać moim zdaniem najważniejsze (a może i jedyne) mankamenty modelu. Niestety ale z tego względu, że pasek nad kostką w dużej części jest dość cienki (rzep o długości 8 cm znajduje się jedynie na końcu paska) i wąski ma tendencję do tego, że obraca się w ringu, który łączy go z podeszwą i paskiem z tyłu. Przez to często zakładając sandały, trzeba go najpierw obrócić, może nie jest to kluczowa sprawa i jednak chcąc szybko włożyć sandały nieco przeszkadza.

Druga sprawa – zapewne ze względu na chęć osiągnięcia niższej wagi w tym modelu od strony wewnętrznej nie ma żadnej warstwy ochronnej dla stopy. Jeśli ktoś ma wrażliwą skórę to paski niestety ale mogą powodować podrażnienia (trzeba , uważać szczególnie by zbyt mocno ich nie ścisnąć, żeby nie obciskały skóry). Moim zdaniem jest to niewielki mankament, który jednak sprawia, że przy długotrwałym, całodziennym marszu należy bardzo uważać.

Waga w rozmiarze 39 wynosi 280 gramów co sprawia, że sandały nie są ultralekkie ale „tylko” bardzo lekkie. Nie stanowią ciężaru nawet podczas długotrwałego marszu, nie przeszkadzają również przytroczone do plecaka. Przy okazji – można je łatwo ściągnąć ze sobą by zajmowały niewiele miejsca w bagażu.

Nie napisałem jednak jak oceniam sam wygląd buta – moim zdaniem mój stalowy kolor z delikatną fakturą sprawia wygląda „rasowego sandała turystycznego”. Nie jest to model, który jest w jakikolwiek sposób innowacyjny,  jest to jednak przemyślana konstrukcja, która może się podobać, klasyczna i zawsze dobrze się prezentująca – moim zdaniem raczej na plus.

Sugerowana cena detaliczna sandałów to 299,90zł to nie jest małą kwotą, niemniej w internecie można znaleźć je nawet ok. 80 złotych taniej i wtedy jest to już kwota, którą bezwzględnie warto za nie zapłacić!

Chyba nadszedł czas na krótkie podsumowanie. Lizard Creek IV z nawiązką spełniły moje wymagania. Do ich głównych atutów należy świetna, anatomicznie profilowana i „obudowana” podeszwa, rewelacyjna jakość wykonania, europejska produkcja i niezwykle komfortowa wewnętrzna część podeszwy. Ja jako niewielkie mankamenty zauważyłem obracanie się najważniejszego z pasków i to, że mogą one obetrzeć jeśli ktoś ma bardzo delikatną skórę. Najważniejsze jednak, że te sandały mają „to coś”, co sprawia, że z przyjemnością je zakładam za każdym razem. Po prostu je pokochałem.

Ocena: 5-

Translate »