Ultramaraton Babia Góra 2021 – relacja

Ultramaraton Babia Góra 2021 – relacja

Od kilku lat chodził mi po głowie start w organizowanym przez Fundację Kozica Ultramaratonie Babia Góra. Kapryśna Królowa Beskidów przyciąga turystów i biegaczy zresztą od bardzo dawna. W sumie to chyba jedyne miejsce poza Tatrami, gdzie można spróbować swoich sił w tak wymagającym, górskim terenie. W tym roku w końcu udało mi się wystartować w 2x Babia Góra Skyrace (jednym z czterech biegów organizowanych w ramach Ultramaratonu Babia Góra 2021).

Po raz pierwszy (a była to 9 edycja imprezy) cała baza zawodów została zlokalizowana w Lipnicy Wielkiej na Orawie, około 40 minut jazdy od Zawoi. Wcześniejsze edycje były zorganizowane w okolicy Mosornego Gronia, właśnie w największej najdłuższej wsi w Polsce. Start mojego biegu był zaplanowany na godzinę 14:00. Teoretycznie na Polanę Stańcowa mam z domu niecałe 2 godziny jazdy (przez Korbielów i Orawską Polhorę). Niemniej jednak nie chciałem bez covidowego paszportu przekraczać granicy, więc chcąc nie chcąc wybrałem dłuższą, bo okrężną drogę przez Stryszawę, która była 40 km dłuższa i podobną liczbę minut dłuższa. No trudno.

Na miejscu muszę pochwalić sprawnie zorganizowane parkingi nad którymi czuwały osoby z miejscowego OSP, bez problemu wskazano mi miejsce gdzie mam zaparkować. Ze względu na porę był to dolny parking więc do samej bazy zawodów miałem plus minus kilometr spokojnego marszu. Polana na której rozstawiono miasteczko biegowe była dość spora i dobrze zagospodarowana, w całości dla biegaczy. Nie zabrakło namiotów z jedzeniem, mega wypaśnego stoiska ze specjałami Koła Gospodyń Wiejskich (cuda, mówię Wam!), możliwości zamówienia kawy, leżaków i oczywiście startu/mety.

Biuro zawodów działało sprawnie, każdej osobie było dokładnie sprawdzane wyposażenie obowiązkowe (i dobrze!). W pakiecie oprócz buffa eventowego znajdowała się m.in. próbka płynu Nikwax do prania czy Ice Powder.

O 13:50 zaproszono biegaczy 2X Babia Góra Skyrace na miejsce startu, stworzono szpaler dlatego, że w międzyczasie przebiegło między nami kilku biegaczy z dłuższych dystansów. Mieli szczęście, bo zebrali od wszystkich solidne brawa. Poinstruowano nas co robić w przypadku burzy na szczycie (a pogoda była parna i na burze się zapowiadało!), odliczono do dziesięciu i o równej 14:00 ponad 200 biegaczy ruszyło po to, by dwa razy zameldować się na szczycie Babiej Góry. Przyznać muszę, że po ostatnim pandemicznym roku, startach wirtualnych i indywidualnych możliwość startu wspólnego była dla mnie naprawdę dużym, pozytywnym przeżyciem. A potem nadeszły pierwsze kilometry ścisku i okazało się, że chyba już trochę zapomniałem, że lepiej się ustawić na początku, trochę bardziej z przodu, żeby się nie przeciskać a tak to co – cisnąłem powoli i ostrożnie pod górę. Tak naprawdę start w tych zawodach dość długo stał pod znakiem zapytania bo dokładnie w walentynki podczas morsowania skręciłem prawą kostkę (równocześnie nadłamując kość piszczelową) no i mimo, że już wróciłem do biegania to jednak forma słabsza niż powinna być a na prawą nogę muszę bardzo uważać, jeden zły ruch na kamieniu i kontuzja odzywa się sporym bólem. Wiedziałem, że muszę biec z rezerwą.

Teoretycznie 20 km to nie jest żaden spory dystans ale… jak dodamy do tego 1700m+ to okazuje się, że jest się z czym siłować. Z tych zawodów na pewno zapamiętam las sosnowy, w który wbiegliśmy zaraz po starcie i który przywitał nas nieziemskimi zapachami iglastego lasu, mimo że mieszkam na co dzień w miejscowości otoczonej z każdej strony lasem i jestem tam dosłownie codziennie takiego zapachu o takiej intensywności jeszcze nigdy nie czułem. Po pierwszych, tłocznych kilometrach zaczęliśmy się piąć zielonym szlakiem i tak kolejnymi piętrami aż do piętra halnego. U szczytu Babiej było sporo ludzi, każdy przebiegał przez punkt pomiarowy i następnie szlak prowadził dalej na Cyl (czyli Małą Babią). Duża ilość kamieni na grani sprawiała, że w moim przypadku nie dało się za mocno przyspieszyć. Po zbiegu z Małej Babiej na Żywieckie Rozstaje czekał nas bardzo przyjemny, stosunkowo płaski etap prowadzący do schroniska Markowe Szczawiny. Przy schronisku zlokalizowany był jedyny na tej trasie punkt odżywczy. Przyznać muszę, że bardzo dobrze zaopatrzony – w izo, wodę, pieczone ziemniaki, krakersy, orzeszki, arbuza, pomarańcze, banany, cytryny… długo by wymieniać. Po kilku minutach postoju ruszyłem dalej, pierwsza część była dalej jeszcze płaska, ale potem zaczęła się zabawa.

Przejście percią akademików zawsze dostarczało mi dodatkowych emocji (bo zawsze te kilka łańcuchów i drabinki to miły przerywnik). Wiadomo jednak, że ta trasa pod kątem kondycyjnym jest bardzo wymagająca (duże przewyższenie na krótkim odcinku). I bez wątpienia dla wielu biegaczy to podejście było najdłuższe i najtrudniejsze podczas całego biegu – myślę jednak, że poprowadzenie właśnie tą trasą to był strzał w dziesiątkę, bo był to moment wart zapamiętania na dłużej.

Po wbiegnięciu po raz kolejny na Diablaka (a że Babia jest kapryśna, to akurat zaczynało kropić) zostały już tylko około cztery kilometry ostrożnego zbiegu, potem runda honorowa na polanie Stańcowej przed metą (każdy musiał przebiec przez podium ustawione na scenie). Na mecie (czas 3:48) woda i bardzo ładny – ręcznie robiony medal. Dalej w namiocie jeszcze lepiej – pyszne jedzenie (wziąłem makaron z sosem szpinakowym, kawę i pyszne ciasto drożdzowe z rabarbarem). W całej okolicy sami biegacze i ich rodziny.  Chillowa, biegowa atmosfera, której tak bardzo mi brakowało. W ogóle muszę Wam powiedzieć, że począwszy od biura zawodów po odbiór jedzenia czy przejście przez metę to… dało się zauważyć, że atmosfera tych zawodów jest naprawdę rodzinna i że nie ma tutaj owijania w bawełnę. Są świetnie zorganizowane zawody, bardzo wymagająca trasa i ogromna radość. Dla mnie przebiegnięcie dzisiaj 2X Babia Góra Skyrace było ogromną przyjemnością i wracałem do domu z szerokim uśmiechem na twarzy.

Wyniki: http://wyniki.b4sport.pl/ultramaraton-babia-gora-2021/m526.html

Translate »